Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Piekło na Ziemi

tyl33

 kadr

 Gdy do kin wchodziła pierwsza seria Shreka, to widz przeżył szok. Jak to możliwe, ze kolorowa bajka może być tak fascynująca. Dzięki temu powstała moda na podobne animacje. Jednak sukcesu i mocy Shreka żadna z nich nie pobiła. Ta moda już zanikła, ale nie całkowicie. Powstają jeszcze tego typu animacje, a co ciekawe są One z reguły smaczne. Jedną z tych pozycji jest "Dom".

 Tytuł tej produkcji być nie może nie brzmi bajkowo, ale jest adekwatny do tego co widzimy na ekranie. Bohaterowie to tajemnicza dość ekscentryczna rasa charakteryzująca się tchórzostwem, która przybywa na Ziemię w celu dość jasnym czyli ucieczki od zagrożenia. Główny bohater czyli OH jest uważany w swojej społeczności za idiotę i nikt go nie lubi. Efektem tej głupoty jest sprowadzenia na swój lud zagrożenia w dość absurdalny sposób. Wszystko się zmienia, gdy w trakcie ucieczki natyka się On na człowieka. Czarnoskórą dziewczynkę  poszukującą matki. Cała historia skupia się na tej dwójce i wciąga. Wbrew pozorom trudno w dzisiejszych czasach jest zrealizować udaną animację. Mimo iż nie ma tu w obsadzie dubbingowej (polskiej) żadnych głośnych charyzmatycznych postaci jak choćby w "Shreku" Jerzy Stuhr. Ale to nic, gdyż fabuła i dialogi są tu znakomite. Ktoś powie, że cała historia została stworzona pod jedną postać czyli piosenkarkę Rihanne, która udziela głosu w oryginalnej wersji, ale to bez znaczenia. Można sobie zadać przy okazji tej kwestii pytanie: Czy potrzebne jest wielkie nazwisko by przyciągnąć widza na tego typu animacje? Myślę, że tak. Głównie ze względu na ilość podobnego rodzaju pozycji, no i przede wszystkim osobę barbadoskiej piosenkarki . Uważam, ze moda na angażowanie do dubbingu ludzi z innych dziedzin życia jest czymś ciekawym i wartym obserwacji, ponieważ do tego typu działania niepotrzebne są zdolności aktorskie. A przecież piosenkarka na co dzień operuje głosem, więc dla niej to nic nowego. Jeżeli macie małoletnie dzieci i chcecie zafundować im świetną zabawę na poziomie to zapraszam do kin.

Ocena:5/6

Francuski gniot

tyl33

 kadr

 Komedia romantyczna jako gatunek filmowy rozpoczęła swe losy od pamiętnego "Pretty Women" z Julią Roberts i Richardem Gere. Kolejne lata przyniosły wysyp tego typu produkcji. Wizytówką tego trendu w kinematografii stał się Hugh Grant, który po zakończeniu mody na ten gatunek nagle zniknął i słuch po nim zaginął. Jednak Jego osoba nie będzie obiektem mojego dzisiejszego zainteresowania lecz francuski przedstawiciel tego gatunku czyli "Seks, miłość i terapia".

 Produkcja ta opiera się na wielkiej gwieździe francuskiego kina czyli Sophie Marceau. Jak już wielokrotnie wspominałem, nie zawsze wybitna obsada gwarantuje końcowy sukces. W tym przypadku ta teoria się spełnia. Powiedzieć o tym jako o wpadce francuskiego kina to za mało, ten film to kompromitacja. Podejrzewam, że nawet dla laika będzie to strata czasu. Historia opowiada losy dwójki samotnych ludzi, którzy na dodatek są uzależnieni od seksu i nie potrafią przez to znaleźć odpowiedniego partnera życiowego. Oczywiście dwójka bohaterów spotyka się i ich losy toczą się według oklepanego schematu w komediach romantycznych. Do tego nie jest to film zabawny, mimo iż za taki miał uchodzić. Dialogi są nudne i usypiające. Gdyby nie konwencja romantyczna to nie wiedziałbym w jakim kierunku fabuła zmierza. Nawet Marceau nie była w stanie uratować tego filmu i własnej twarzy, bo zaprezentowała się tu słabo. Ale zapewne wynika to z infantylności całej historii. Żarty odnośnie seksualności momentami mogły powodować śmiech, ale sporadycznie. Wydaje mi się ,że wątek seksu w kinematografii nie uchodzi za temat tabu. Wręcz uważam, ze świńskie żarty nie mają już żadnej wartości i nie robią wrażenia na widzu. Jak dla mnie ten film to kompletna strata czasu. O ile w ostatnich recenzjach nawet mimo słabości, które posiadały określone pozycje, to byłem w stanie wymienić choćby minimalne plusy, a w tym przypadku nie jestem w stanie. Wszystko jest tu bez ładu i bez składu. Do tego obciachowe zakończenie, ckliwe niczym w jakimś cukierkowym LoveStory. Żenada.

 Kończąc dzisiejszy wpis, jestem świadomy Jego jednostronności. Tytuł bloga "Filmowy hejt" poprzez takie wpisy nabiera smaku i autentyczności. Ale niestety taki już jestem nie będę Was oszukiwał i mówił, ze warto ten film obejrzeć. Moja krytyka wynika z własnych obserwacji i wniosków. A największym dowodem poziomu tej pozycji jest to, że ludzie na sali kinowej zamiast skupić się na oglądaniu to po półgodzinie skupili się na jedzeniu. Jeżeli lubicie tracić czas to zapraszam do kin.

Ocena:2/6

Lustro śmierci

tyl33

  kadr

  Gdyby opisać w dwóch słowach co charakteryzuje gatunek jakim jest horror. To przychodzi mi do głowy przede wszystkim: przewidywalna fabuła, nieznani aktorzy i to co najważniejsze ma straszyć. Na widok duchów, zjaw, ludzi opętanych normalny widz reaguje ludzko czyli zamyka oczy. Czasy się rzecz jasna zmieniły, dziś horror nie uchodzi za coś nadzwyczajnego i budzącego przerażenie. Wpływ na to mają zapewne nowe media i  ich rola w funkcjonowaniu ludzi. Kina są coraz rzadziej odwiedzane, a gatunek zwany horrorem traci swój smak. Dzisiejsza pozycja może nie powala, ale coś w niej jest.

  Straszak, o którym mowa nosi tajemniczy tytuł "Oculus". Może trudno w to uwierzyć, ale głównym bohaterem tego filmu jest lustro. Jest ono synonimem śmierci. Pozostali bohaterowie, którzy wskutek tego zagadkowego przedmiotu utracili rodziców. Po latach spotykają się by rozwiązać sprawę i zniszczyć tę zmorę. Początkowe 45 minut było niezwykle wciągające, ten mroczy klimat ta muzyka, te sceny, w których bohater odkrywa zmorę. Przyjemnie się to oglądało, był w tym jakiś rodzaj emocji. Niestety z czasem pojawiły się sceny, które wzbudzały taki rodzaj strachu, którego nikt nie lubi i na Jego widok zasłania oczy. Sam to robiłem, bo nie chcę mieć koszmarów nocnych  z udziałem kobiety o mrocznych oczach i przypominającej jakąś bezdomną zepsutą kobietę. Jeżeli chodzi o uczestników tej historii, to z wyjątkiem lustra żadne nazwisko aktora nie jest mi znane. Zastanawiałem się czasem skąd wynika brak dużych nazwisk w horrorach? Czy chodzi o małe gaże? Czy o marginalną rolę horroru w dzisiejszej kinematografii? Odpowiedzcie sobie sami. Jeżeli miałbym dokonać skrótowej analizy "Oculusa". To powiedziałbym że jest to ambitny horror pozbawiony banałów, schematyczności zdarzeń i mocno zapadający w pamięć poprzez swoją dosłowność. Jedyny minus jaki tu dostrzegam to końcówka, która była jak dla mnie zbyt straszna i brak powalającej ostatniej sceny.

  Decydując się na obejrzenie "Oculusa" czułem jednocześnie przerażenie i podniecenie. Pierwsza emocja wynikała z niechęci do filmów z tej tematyki, a druga z chęci podjęcia wyzwania i zmierzenia się z jakimś wyrazem słabości. Przyznam, ze oba te zachowania były słuszne. Bo przerażenie było adekwatne do kilku scen, a wyzwaniu sprostałem bo nie wyszedłem z sali kinowej. Jeżeli macie podobnie to bójcie się ze mną.

Ocena:4/6

Rządowy spisek

tyl33

kadr 

  Wielokrotnie, we wcześniejszych wpisach pisałem o swojej niechęci do tzw. "ONE MEN SHOW" czyli do filmów opierających się na wyczynach nadludzkich głównego bohatera. Wysyp tego rodzaju produkcji obserwujemy już od wielu lat. Ale z tego co widzę w repertuarach kinowych takie pozycję pojawiają się coraz rzadziej. Pewnie twórcy zrozumieli iż za dużo kasy już nie wyciągną odnośnie tej tematyki. Dziś zajmę się tym wyjątkiem i opisze pozycję "Gunman: Odkupienie"

  Film w dużej mierze opiera się na wyczynach w dziedzinie zabijania głównego bohatera. W postać tego szlachetnego potwora wciela się nie byle kto, bo Sean Penn. Odgrywa tu rolę człowieka na zlecenie. W ramach tych działań zabija ministra Demokratycznej Republiki Konga. Konsekwencją tego czynu było opuszczeniu swojej ukochanej i nowy start w innym kraju. Jednakże jak zapewne się domyślacie główny bohater powraca do miejsca swojej przeszłości w celu wyjaśnienia przyczyn ataku mającego na celu zlikwidowanie go. Powraca wątek miłosny przeplatający się ze scenami charakteryzującymi dobre kino akcji. Sean Penn, który widać przygotował się fizycznie do tej roli, dzięki czemu zyskał autentyzm u widza. Nie jest to kino najwyższych lotów. Najlepszym na to dowodem jest zakończenie. Ale w końcu niczym John Wayne nadludzki Sean Penn zwycięża. Ale to nikogo nie może zaskoczyć. Tak na dobrą sprawę, to nie bardzo jest tu o czym pisać. Bo Ameryki nie odkryję w tym wpisie. Wszystkie schematy a propo kina akcji się tu znajdują, nie ma większych zaskoczeń. Podkreślić na plus mogę jeszcze kreacje Javiera Bardema, który mimo swojego małego udziału przyćmił nawet gladiatora Penna. Mogę jedynie żałować, że tak szybko zginął. Ale przecież zło nie może zwyciężyć w tego typu produkcji. Mam wrażenie iż w kinie akcji większym wyzwaniem dla aktora jest rola czarnego charakteru. Bo najczęściej ten typ postaci na sam koniec filmu argumentuje swoje postępowanie, a często to wymaga dużego wysiłku artystycznego by zyskać autentyzm.

  Wnioski, które należy przytoczyć mówiąc o filmie "Gunman: Odkupienie" brzmią mało optymistycznie. Film ten mimo swojej tematyki jest po prostu średni, oprócz oklepanych schematów i pojedynczych smaczków podanych przez warsztat aktorów, nie odnajdujemy tu żadnych pozytywnych przesłanek. Myślę, że Sean Penn mimo swojej bogatej filmografii, nie będzie dumny z tej roli i zapewne szybko o niej zapomni, bo przecież chodzi w niej jedynie o kasę.

Ocena:3,5/6

 

Ludzka kobieta

tyl33

  kadr

  Głębia kobieca, dla wielu mężczyzn jest zagadką. Mówiąc o myśleniu ich czujemy jednocześnie ciekawość, ale i przerażenie. A co by było gdyby dało się panować nad myśleniem naszych kochanych kobiet? Czy świat byłby łatwiejszy czy wręcz przeciwnie? Próby zajęcia się tę tematyką podejmuje debiutant Alex Garland w "Ex Machine". Powiedzieć, że jest to film o kobietach to mało, jest tu wszystko. Dla każdego coś smacznego.

  Fabuła skupia się na losach zagubionego życiowo informatyka, który otrzymuje szanse w uczestniczeniu w przełomowym wydarzeniu w dziejach ludzkości. Mowa tu o odkryciu sztucznej inteligencji i wcieleniu jej w życie. Twarzą i umysłem tego eksperymentu jest bogacz Nathan, który wszelkie swoje odkrycia ukrywa w tajemniczym i świetnie zabezpieczonym lokum. Tym przełomem jest Ava, maszyna w postaci kobiety. Główny bohater zostaje wysłany w celu zbadania jej autentyczności i ludzkości. Brzmi skomplikowanie, ale to żadna wada. Cała akcja filmu rozgrywa się w czterech kątach Nathana między czwórką bohaterów. Nie zapominając o służącej, która również odgrywa dużą rolę w wielu wydarzeniach. Klimat filmu jest niezwykle wciągający, muzyka znakomicie współgra z obrazem. Widz czuje się jakby był obserwatorem z ukrytej kamery. W dodatku obserwujemy tu nadzwyczajną dawkę ludzkich emocji, zwłaszcza ze strony tego robota. Pytanie brzmi: czy One są autentyczne czy wykreowane?  Odpowiedź na to pytanie poznacie na projekcji filmu. Rola aktorów jest tu niebagatelna. Zwrócił bym przede wszystkim uwagę na aktora wcielającego się w postać bogacza-naukowca (Oscar Isaac). Jest on tak tajemniczy i mroczny w swoim każdym słowie, że jest to pociągająca dla widza, a jednocześnie budzące grozę. Przyznam, że nie jestem wielbicielem science fiction. Jednakże ten film jest wybitny. Trudno jest w tekście zamieścić, wszystkie ciekawostki tej pozycji. A kobieta-maszyna jest bardzo ciekawym typem, ale czy prawdziwym? Podkreśliłbym jeszcze na koniec umiejętne zakończenie całej tej historii, które było  szokujące.

  Kończąc swoje dzisiejsze rozważania nie mogę powstrzymać swoich zachwytów nad filmem Garlanda. Jeżeli każdy film w przyszłości z tematyki science-fiction ma być co najmniej choć w połowie tak świetny to jestem zbudowany i pełen nadziei. A jeżeli jesteście ciekawi co myśli Wasza kobieta to nie liczcie na moją pomoc, gdyż sam nie jestem w stanie tego pojąć. A "Ex Machine" obowiązkowo musicie obejrzeć. Nie marnujcie czasu na jakieś tandety.

Ocena: 6/6!!!

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci