Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Niebieska Jennifer Lawrence

tyl33

 kadr

  Tytuł dzisiejszego wpisu, pewnie budzi w Was przekonanie, że ten koleś, będzie hejtował "Avatara". Jednak nie tym razem. Przedmiotem mojej analizy będzie kolejna Marvelowska opowiastka czyli "X-Men...". Postaram się dziś jednak nie opowiadać, o tych elementach co zawsze przy okazji tego typu pozycji, tylko kierować się nieco innymi kryteriami. Które, być może zmienią pogląd niektórych czytelników, o tej tematyce.

  Głównym odniesieniem przy ocenie ogólnej, będą dla mnie inne komiksowe produkcje, powstałe na przestrzeni ostatnich lat. Na pewno jedną z podstawowych różnic jest brak wynoszenia jednej postaci na piedestał, bo odnosiłem wrażenie, że Hugh Jackman mimo iż wydawał się tym najsilniejszym i najpotężniejszym to nie był na siłę pchany na pierwszy plan. Ten aspekt na pewno może zaliczyć do plusów. Idąc dalej, to uważam, ze ilość znanych nazwisk w obrazie, nie podziałała na szkodę, gdyż każdy spełnił swoją rolę przyzwoicie, oprócz Jennifer Lawrence, która była fenomenalna jak zawsze i przyćmiła resztę. Choć co warto zauważyć, przez większość czasu filmu obserwujemy ją w niebieskim stroju jako: tę złą. Nie będę ukrywał, ze to jej osoba, była być może jedynym powodem, dla którego zdecydowałem się tej produkcji zasmakować. Fabuła, w mojej opinii, nie ma w sobie nic nadzwyczajnego, co odróżniałoby ją od innych z tego gatunków. Jeżeli chodzi o poziom emocji, napięcia, to jest on na bardzo niskim poziomie, w porównaniu choćby z ostatnią "Godzillą". Mało było też scen walki, dla jednego to atut, dla drugiego wręcz przeciwnie. Moim zdaniem raczej wada, bo jednak pewien schemat istnieje i uciekanie od niego na siłę, nie wiadomo z jakich powodów, jest strzałem sobie w stopę. Ponieważ ta gadanina, której doświadczyliśmy w tym przypadku była nie do zniesienia i działała na szkodę. Uciekając trochę od analizy, to chciałem wspomnieć o osobie Hugh Jackmana, który jak dla mnie strasznie się skomercjalizował, gra we wszystkich tych bajkach o superbohaterach, w przeszłości brał udział w bardziej ambitnych projektach, a teraz tylko kasa i kasa. Mówię to z żalem, bo uważam, ze jest bardzo dobrym aktorem i niepotrzebnie idzie na łatwiznę. Wracając do oceny. To uważam, ze bardzo ważnym pytaniem, które warto zadać w kontekście tego filmu i innych komiksowych, brzmi: W jakim kierunku one zmierzają? Czy będą się pojawiały co parę miesięcy w kinach i schemat będzie niezmiennie monotematyczny  czy może twórcy będą się silili na kombinowanie i wdrażania nowych pomysłów do tego, już chyba "gatunku filmowego"? Wydaje mi się, że kombinowanie w tym przypadku mija się z celem, przede wszystkim dlatego, ze nawet jeżeli taki typ kina mnie nie pociąga, to jest grono odbiorców, która się na taki sposób przedstawiania historii godzi, więc po co im mieszać szyki. Bo nawet jeżeli takie zmiany by doszły do skutku, to wcale nie znaczy, ze widzowi będą odpowiadały, a odnoszę wrażenie, ze ostatnie produkcje, trochę idą tym torem, bo nawet "Kapitan Ameryka" uciekał trochę od schematu. Uważam, ze " X-Men.." gdyby nie posiadał w obsadzie Jennifer Lawrence, to byłby kolejnym niepotrzebnym sequelem, a tak tragedii nie było.

     Nie wiem czy udało mi się kogoś przekonać, do innego postrzegania komiksowych ekranizacji, ale myślę, że nie podążają one we właściwym kierunku i nawet dla wielbicieli bywają one rozczarowujące, bo wszystkie są na jedno kopyto. Oczywiście wspomniałem dziś o pewnych aspektach, które odchodziły od schematu, ale to nie wystarczy by widz poczuł się w pełni nasycony. W każdym razie Ja na pewno. 

Ocena: 3/6

Obejrzeć i zapomnieć

tyl33

 kadr

  Polskie kino od czasu do czasu sili się na to by stworzyć, coś ambitnego. Czasem to wychodzi lepiej, a czasem gorzej. Na usprawiedliwienie dla reżyserów jest na pewno to, ze nie zawsze wszystko zależy od nich. Bo przecież aktorzy również są częścią tego przedsięwzięcia, więc jeżeli zawiodą, to nawet najlepiej stworzona fabuła i dialogi, nie uratują filmu. Takie tłumaczenie, z pozoru wydaje się banalne i oczywiste, jednak przedstawiam je, bo idealnie pasuje do pozycji, którą się dziś zajmę.

  Będzie to "Karuzela" Roberta Wichrowskiego. Do obejrzenia tej produkcji zachęcił mnie zwiastun (choć rzadko to robię), który był niezwykle intrygujący. Mówiąc "pół żartem pół serio" to po zobaczeniu całości doszedłem do wniosku, ze chyba im bardziej udany zwiastun tym gorsza całość. Przechodząc dalej, to zacznę od początku filmu, który w mojej opinii był strasznie odpychający. Głównie dlatego iż obserwujemy w nim sekwencje przypominające serialowe TVN- owskie opowiastki o życiu ludzi z wyższych sfer. Gdzie wszystko jest sztuczne i przewidywalne, w końcu wątkiem głównym jest zdrada żony z bratem jej męża, czego efektem jest niechciana ciąża (wiadomo kto jest ojcem). Na tym jednak kończą się na razie zarzuty, bo to co obserwujemy później, wprawiło mnie w osłupienie, gdyż spodziewałem się kolejnej zgranej płyty, która ma określony przewidywalny schemat, a tu taka niespodzianka. Było wiele niedopowiedzeń, co wzbudza jednocześnie pozytywne odczucia, ale z drugiej obawy. Czy rzeczywiście są one celowym zabiegiem czy może przypadkiem? Odpowiedzcie sobie sami na to pytanie po obejrzeniu. W każdym razie chcę wierzyć, ze to było świadomie działanie. Wątek zdrady i kłamstwa nie jest jedynym, gdyż w tym obrazie obserwujemy również problemy i dylematy, które sami posiadamy. Związane z finansami, odnalezieniem tożsamości, uzależnieniami czy nieodpowiedzialnymi decyzjami. Tym razem pod lupę brane jest pokolenie 30-sto latków, którzy mimo wejścia już w dorosłość, popełniają czyny, które świadczą o ich niedojrzałości i egoizmie. Bardzo wymowne są sceny ukazujące karuzele na placu zabaw, która z pewnością okiem twórcy miała symbolizować to iż: mimo popełnionych błędów i strat w przeszłości, życie trwa dalej, więc takie sytuacje będą wracały i tylko od nas zależy czy zatrzymamy ten ciąg zdarzeń (karuzele). Te wszystkie aspekty nie zmieniają jednak faktu, ze znajdziemy w tym projekcie minusy, które mają ogromny wpływ na mój odbiór. W pierwszej kolejności poziom aktorski. Widzimy na ekranie aktorów raczej nieznanych. W większości przypadków uznałbym to za atut, w końcu ile można oglądać te same twarze. Niestety Ci aktorzy nie sprostali wyzwaniu, które narzucił im reżyser. Byli przeraźliwie sztuczni niczym bracia Mroczkowie. Może to trochę przesadzony argument, ale czuje złość, że tak ciekawy scenariusz, zostaje tak zniszczony przez te osoby. Minus również za ścieżkę dźwiękową, która pod żadnym względem nie oddawała tego co obserwujemy na ekranie, co więcej była sprzeczna temu co widzimy. Wracając do poziomu aktorskiego, to uważam, że jedno wielkie nazwisko nadało by temu obrazowi, więcej wiarygodności i spowodowałoby, ze dzisiejszy wpis byłby w pozytywnym tonie. Ale takie jest nasze kino, niestety.

    Podsumowując, chciałbym pochwalić Roberta Wichrowskiego, za świetny pomysł na film i jednocześnie zganić za dobór aktorów (może wynikało to z małych funduszy na film), którzy zadziałali na szkodę. Na pewno brakuje temu filmu wiele by umieścić go w czołówce obecnego roku. Jeżeli jednak ktoś chcę zobaczyć jak bawią się dziś 30-sto latkowie to może warto choćby z tego powodu obejrzeć. W końcu lepsze to niż kolejny sequel X-Mena. 

Ocena: 3/6

Skandynawski duch Tarantino

tyl33

   kadr

  Kopiowanie stylu, pewnej charakterystycznej konwencji, klimatu od tych największych w dziejach kina jest niestety częstym zjawiskiem w dzisiejszej czasach. Powodem porażek w próbach podjęcia tego pomysłu jest to iż: kopia nigdy nie przebije oryginału. Oskarżenie jednak o pełną kopię elementów wspomnianych powyżej przez twórców "Obywatela Roku" byłoby krzywdzące i nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Co nie zmienia faktu, ze "duch Tarantino" jest w tym projekcie przynajmniej przeze mnie zauważalny. Co wcale nie znaczy, że należy uznać to za wadę.

   Tytuł filmu, o którym wspomniałem powyżej, jest absolutnie sprzeczny z fabułą całego obrazu, ponieważ działania tego "Obywatela roku" stanowią absolutne przeciwieństwo kryteriów jakie powinna spełniać osoba otrzymująca ten tytuł. W końcu zabijanie, nawet jeżeli spowodowane zemstą na oprawcach zabitego syna, nie jest chwalebne. Nie należy tego traktować jako zarzut, wręcz przeciwnie, takie absurdy, gry z odbiorcą, nowatorstwo, oryginalność są bardzo potrzebne i w moich oczach stanowią wielką wartość. Fabuła jest mocnym atutem tej pozycji, przede wszystkim ze względu na te aspekty zapożyczone (świadomie lub nie) od Tarantino czyli: specyficzny klimat, absurdalny humor czy dialogi miedzy gangsterami na temat spraw przyziemnych toczone w samochodzie. Choć nie wszystko jest tu takie jak u Tarantino, między innymi poziom brutalności jest tu zdecydowanie mniejszy niż u amerykańskiego reżysera. Kino skandynawskie, zajmuje w światowej kinematografii, dość marginalne miejsce, ale ten film potwierdza, że niesłusznie. Historia z pozoru wydaję się mało oryginalna, bo obserwujemy przez większość czasu filmu proces kierowania się po szczeblach mafijnej hierarchii ojca (zamordowanego chłopaka), w celu zabicia wszystkich jej członków. Jednak sposób przedstawienia tej historii, te wszystkie niuanse wokół powodują, ze mimo tego iż film toczony jest  w trochę sennej atmosferze (nie ma tu zbyt wielu wybuchów, strzelanin, scen walki), a skupia się na obrazie(długich ujęciach) i jak dla mnie udanych partiach dialogowych. Cały krajobraz Norwegii zaśnieżonej, mroźnej był namiętnie ukazywany i zapewne miał oddać mentalność ludzi wywodzących się z tego kraju czyli jak w przypadku tego filmu, zimnych i bezwzględnych. Choć na pewno ten aspekt nie jest najważniejszy w analizie całej produkcji. Istotną rolę w tym projekcie odgrywa wcielający się w postać ojca-zabójcy Stellan Skarsgård kojarzony ostatnimi czasy głównie z filmów anglo-języcznych jak np. "Nimfomanka" czy "Medicus". Zagrał niepozornego człowieka po przejściach, który wszystko robi na zimno, bez żadnych skrupułów. Zagrał to fenomenalnie, był dla mnie bardzo przekonujący, ale przecież był w swoim żywiole, bo w końcu jest Skandynawem, a oni mają taki wizerunek w Europie.

   Reasumując twierdzę iż nie zawsze sięganie po elementy charakteryzujące dzieła wielkich twórców są złe i niepotrzebne. Bo ten film udowadnia, że można je umieścić tak by nie być posądzonym o bezsensowne kopiowanie. Twórcy podołali temu wyzwaniu i za to im chwała, oby więcej tak oryginalnych i przepełnionych absurdami (w pozytywnym znaczeniu) obrazów w kinematografii.

  Ocena: 4/6

Koncert Nicole Kidman

tyl33

 kadr

   Pytanie, które budzi w polskich mediach wiele kontrowersji i sprzecznych opinii brzmi: Co to jest gwiazda? Częściowo odpowiedź na to pytanie otrzymujemy w filmie "Grace: Księżna Monaco". A odpowiedź i pełną argumentacje, dostajemy od Nicole Kidman, która swoją kreacją, pokazała jakie kryteria pozwalają, by użyć tego słowa. Czyli mówiąc pokrótce. Gwiazda to osoba, która w swojej dziedzinie jest absolutnie perfekcyjna i bezsprzecznie wyjątkowa.

   Dzisiejszy wpis, będzie w odróżnieniu od poprzednich w pozytywnym tonie, bo film, o którym napiszę czyli "Grace: Księżna Monaco" jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Jest to historia oparta na faktach, bo w końcu, taka Księżna istniała, no i Księstwo Monaco również i ma się dobrze. Jednak nie to jest w tym obrazie najciekawsze. Przede wszystkim na pierwszy plan wychodzi fenomenalna Nicole Kidman, która swoimi emocjami, urzekającym spojrzeniem i uśmiechem, spowodowała, że widz ma ochotę patrzeć i patrzeć... i tak bez końca. Nie można jednak zapomnieć o świetnej roli Tima Roth'a, który wcielił w postać męża Grace, poważnego władcy pochłoniętego działaniami politycznymi. Ogólnie poziom aktorski był na najwyższym poziomie. Sama fabuła zawiera wiele ciekawych (życiowych) wątków czyli relacje małżeńskie, kariera zawodowa obojga, polityka, zdrada i przede wszystkim miłość, która najlepiej opisywała działania głównej bohaterki. Była ona do tego stopnia zaangażowana w życie rodzinne ,że  była gotowa poświęcić karierę zawodową dla szczęścia rodzinnego, a nawet pomóc mężowi w sytuacji politycznej, wydającej się bez wyjścia. Nawiasem mówiąc feministki na pewno takiego działania by nie pochwaliły. Ponadto bardzo wysoki poziom partii dialogowej. Stanowią idealny kontrast, do tego co obserwujemy na ekranie i pozwalają aktorom na nieco ekspresji. Dzięki czemu jest to produkcja, w której nie dostrzegam minusów. Wiele ostatnimi czasy w światowej kinematografii jest filmów, opierających się na faktach i wielkich postaciach. Ale często są to pozycje, które są mocno rozczarowujące i nie budzą w widzu takich pozytywnych odczuć, jak we mnie wzbudza "Grace: Księżna Monaco". Być może głównym i jedynym powodem tego zachwytu jest osoba Nicole Kidman, która jak już wcześniej wspominałem, czaruje i nie sposób oderwać od niej wzroku. To się nazywa sztuka, jeżeli chodzi o poziom aktorstwa. W samej postaci Grace najbardziej jednak podziwiam to iż mimo, ze dostała fantastyczną propozycję od samego Alfreda Hitchcocka odmówiła, tylko po to by udowodnić sobie, mężowi, dzieciom i poddanym, ze jest godna miejsca, gdzie jest. Podczas, gdy mogła postąpić egoistycznie i skorzystać z oferty wielkiego mistrza i cieszyć się popularnością w Hollywood. Poświęcenie godne naśladowania. Swoją drogą bardzo ciekawym i niezwykle udanym zabiegiem twórców, była duża ilość zbliżeń na Księżną Grace. Jakby chcieli przekazać odbiorcy komunikat: patrz i podziwiaj. Wydaje mi się, że za tą rolę Nicole Kidman powinna być przynajmniej nominowana do Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową w 2014, bo do tej  pory nie przypominam sobie kreacji, która mogłaby z nią konkurować, oby moje życzenie się spełniło.

    Na zakończenie, z czystym sumieniem mogę każdemu, niezależnie od wieku, polecić tę pozycję. Nie jest to kolejna ckliwa i przesłodzona historyjka o niczym. Tylko kawał dobrego kina na najwyższym poziomie, w którym każdy wymagający widz znajdzie coś dla siebie.

Ocena: 5/6

Bohaterski potwór

tyl33

 kadr

  Superprodukcje amerykańskie są trochę jak mecze polskiej kadry w piłce nożnej czyli nudne i przewidywalne, czego skutkiem są niekończące się niepowodzenia. W przypadku filmu, którym się dziś zajmę, może nie wszystko jest takie beznadziejne, ale trudno zaliczyć go do czołówki 2014 roku.

  Produkcja, o której będzie mowa to  "Godzilla". Warto wspomnieć, że jest to kolejny remake filmu z 1954 roku. Do mocnych stron filmu należą efekty specjalne i z upływem czasem podnoszące się napięcie, objawiające się w wyczekiwaniu na to: jak i kiedy? Potwory zatruwające miasto zostaną zlikwidowane. Na tym niestety plusy się kończą. Fabuła, być może jest składnie zrealizowana, ale mnie nie przekonuje, bo tak naprawdę, nie ma w niej nic zaskakującego. Przez większość filmu obserwujemy, debatowanie naukowców z wojskiem nad tym jak zlikwidować zarazę, ponadto w tle pojawiają się wątki rodzinne dotyczące młodego żołnierza, który uchodzi za głównego bohatera. Oczywiście zabraknąć nie mogło scen batalistycznych, które w 3D, wyglądają niezwykle efektownie i z pewnością twórcy filmu uznali, że ten element jest wystarczający by uznać ich obraz za udany. Jeżeli w dzisiejszym kinie o taki typ emocji chodzi, to jest to bardzo niepokojąca wiadomość. Trudno jest mi ocenić poziom aktorski, bo tak naprawdę, żaden z występujących nie zapadł mi w pamięć. Zarówno w pozytywny jak i negatywny sposób. Przyznam jednak, ze zakończenie, mnie zaskoczyło, gdyż przypuszczałem, że wszystkie potwory (nawet ten tytułowy) zostaną zgładzone, a tak nie było. Uznanie tego jednak za plus byłoby błędem, gdyż nie ważne w jaki sposób by to nastąpiło, to i tak nie zmieniłoby to mojej ogólnej oceny. Wydaje mi się też, ze film był stanowczo za długi, po co im była ta bezsensowna półtora godzinna gadanina, wystarczyło obciąć co najmniej półgodziny i byłoby to smaczniejsze. Znając nasze społeczeństwo, to jestem pewien, ze ten film przyciągnie (niestety) tłumy. Kina w Polsce będą zadowolone (zwłaszcza multipleksy) tym, że ten naiwny polski widz, po raz kolejny kupi bilet, założy okulary 3D , napcha się popcornem i taki stan rzeczy będzie się powtarzał z miesiąca na miesiąc. Ciekaw jestem jaka byłaby frekwencja w tych multipleksach, gdyby nagle zabroniono wyświetlania amerykańskich superprodukcji i kładziono by głównie nacisk na ambitne kino. Niestety prędko nie poznam odpowiedzi na to pytanie, bo póki te kina czerpią korzyści finansowe z tego typu obrazów, to nic się nie zmieni.

     Reasumując "Godzilla" jest kolejnym widowiskowym i zrealizowanym z rozmachem filmem, który jednak oprócz wspomnianych elementów, nie posiada w sobie nic wyjątkowego i jeżeli macie podobny gust do mnie . To zapomnijcie, nie traćcie czasu!

Ocena: 3/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci