Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Koncert Nicole Kidman

tyl33

 kadr

   Pytanie, które budzi w polskich mediach wiele kontrowersji i sprzecznych opinii brzmi: Co to jest gwiazda? Częściowo odpowiedź na to pytanie otrzymujemy w filmie "Grace: Księżna Monaco". A odpowiedź i pełną argumentacje, dostajemy od Nicole Kidman, która swoją kreacją, pokazała jakie kryteria pozwalają, by użyć tego słowa. Czyli mówiąc pokrótce. Gwiazda to osoba, która w swojej dziedzinie jest absolutnie perfekcyjna i bezsprzecznie wyjątkowa.

   Dzisiejszy wpis, będzie w odróżnieniu od poprzednich w pozytywnym tonie, bo film, o którym napiszę czyli "Grace: Księżna Monaco" jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Jest to historia oparta na faktach, bo w końcu, taka Księżna istniała, no i Księstwo Monaco również i ma się dobrze. Jednak nie to jest w tym obrazie najciekawsze. Przede wszystkim na pierwszy plan wychodzi fenomenalna Nicole Kidman, która swoimi emocjami, urzekającym spojrzeniem i uśmiechem, spowodowała, że widz ma ochotę patrzeć i patrzeć... i tak bez końca. Nie można jednak zapomnieć o świetnej roli Tima Roth'a, który wcielił w postać męża Grace, poważnego władcy pochłoniętego działaniami politycznymi. Ogólnie poziom aktorski był na najwyższym poziomie. Sama fabuła zawiera wiele ciekawych (życiowych) wątków czyli relacje małżeńskie, kariera zawodowa obojga, polityka, zdrada i przede wszystkim miłość, która najlepiej opisywała działania głównej bohaterki. Była ona do tego stopnia zaangażowana w życie rodzinne ,że  była gotowa poświęcić karierę zawodową dla szczęścia rodzinnego, a nawet pomóc mężowi w sytuacji politycznej, wydającej się bez wyjścia. Nawiasem mówiąc feministki na pewno takiego działania by nie pochwaliły. Ponadto bardzo wysoki poziom partii dialogowej. Stanowią idealny kontrast, do tego co obserwujemy na ekranie i pozwalają aktorom na nieco ekspresji. Dzięki czemu jest to produkcja, w której nie dostrzegam minusów. Wiele ostatnimi czasy w światowej kinematografii jest filmów, opierających się na faktach i wielkich postaciach. Ale często są to pozycje, które są mocno rozczarowujące i nie budzą w widzu takich pozytywnych odczuć, jak we mnie wzbudza "Grace: Księżna Monaco". Być może głównym i jedynym powodem tego zachwytu jest osoba Nicole Kidman, która jak już wcześniej wspominałem, czaruje i nie sposób oderwać od niej wzroku. To się nazywa sztuka, jeżeli chodzi o poziom aktorstwa. W samej postaci Grace najbardziej jednak podziwiam to iż mimo, ze dostała fantastyczną propozycję od samego Alfreda Hitchcocka odmówiła, tylko po to by udowodnić sobie, mężowi, dzieciom i poddanym, ze jest godna miejsca, gdzie jest. Podczas, gdy mogła postąpić egoistycznie i skorzystać z oferty wielkiego mistrza i cieszyć się popularnością w Hollywood. Poświęcenie godne naśladowania. Swoją drogą bardzo ciekawym i niezwykle udanym zabiegiem twórców, była duża ilość zbliżeń na Księżną Grace. Jakby chcieli przekazać odbiorcy komunikat: patrz i podziwiaj. Wydaje mi się, że za tą rolę Nicole Kidman powinna być przynajmniej nominowana do Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową w 2014, bo do tej  pory nie przypominam sobie kreacji, która mogłaby z nią konkurować, oby moje życzenie się spełniło.

    Na zakończenie, z czystym sumieniem mogę każdemu, niezależnie od wieku, polecić tę pozycję. Nie jest to kolejna ckliwa i przesłodzona historyjka o niczym. Tylko kawał dobrego kina na najwyższym poziomie, w którym każdy wymagający widz znajdzie coś dla siebie.

Ocena: 5/6

Bohaterski potwór

tyl33

 kadr

  Superprodukcje amerykańskie są trochę jak mecze polskiej kadry w piłce nożnej czyli nudne i przewidywalne, czego skutkiem są niekończące się niepowodzenia. W przypadku filmu, którym się dziś zajmę, może nie wszystko jest takie beznadziejne, ale trudno zaliczyć go do czołówki 2014 roku.

  Produkcja, o której będzie mowa to  "Godzilla". Warto wspomnieć, że jest to kolejny remake filmu z 1954 roku. Do mocnych stron filmu należą efekty specjalne i z upływem czasem podnoszące się napięcie, objawiające się w wyczekiwaniu na to: jak i kiedy? Potwory zatruwające miasto zostaną zlikwidowane. Na tym niestety plusy się kończą. Fabuła, być może jest składnie zrealizowana, ale mnie nie przekonuje, bo tak naprawdę, nie ma w niej nic zaskakującego. Przez większość filmu obserwujemy, debatowanie naukowców z wojskiem nad tym jak zlikwidować zarazę, ponadto w tle pojawiają się wątki rodzinne dotyczące młodego żołnierza, który uchodzi za głównego bohatera. Oczywiście zabraknąć nie mogło scen batalistycznych, które w 3D, wyglądają niezwykle efektownie i z pewnością twórcy filmu uznali, że ten element jest wystarczający by uznać ich obraz za udany. Jeżeli w dzisiejszym kinie o taki typ emocji chodzi, to jest to bardzo niepokojąca wiadomość. Trudno jest mi ocenić poziom aktorski, bo tak naprawdę, żaden z występujących nie zapadł mi w pamięć. Zarówno w pozytywny jak i negatywny sposób. Przyznam jednak, ze zakończenie, mnie zaskoczyło, gdyż przypuszczałem, że wszystkie potwory (nawet ten tytułowy) zostaną zgładzone, a tak nie było. Uznanie tego jednak za plus byłoby błędem, gdyż nie ważne w jaki sposób by to nastąpiło, to i tak nie zmieniłoby to mojej ogólnej oceny. Wydaje mi się też, ze film był stanowczo za długi, po co im była ta bezsensowna półtora godzinna gadanina, wystarczyło obciąć co najmniej półgodziny i byłoby to smaczniejsze. Znając nasze społeczeństwo, to jestem pewien, ze ten film przyciągnie (niestety) tłumy. Kina w Polsce będą zadowolone (zwłaszcza multipleksy) tym, że ten naiwny polski widz, po raz kolejny kupi bilet, założy okulary 3D , napcha się popcornem i taki stan rzeczy będzie się powtarzał z miesiąca na miesiąc. Ciekaw jestem jaka byłaby frekwencja w tych multipleksach, gdyby nagle zabroniono wyświetlania amerykańskich superprodukcji i kładziono by głównie nacisk na ambitne kino. Niestety prędko nie poznam odpowiedzi na to pytanie, bo póki te kina czerpią korzyści finansowe z tego typu obrazów, to nic się nie zmieni.

     Reasumując "Godzilla" jest kolejnym widowiskowym i zrealizowanym z rozmachem filmem, który jednak oprócz wspomnianych elementów, nie posiada w sobie nic wyjątkowego i jeżeli macie podobny gust do mnie . To zapomnijcie, nie traćcie czasu!

Ocena: 3/6

Wirtualny Jack Sparrow

tyl33

   kadr

   Gdybym zadał pytanie: Z czym kojarzy Wam się Johnny Depp? Myślę, że większość odpowiedziałaby: Jack Sparrow z "Piratów z Karaibów". Takie zaszufladkowanie, często jest przekleństwem dla aktorów. Najbardziej objawia się to w późniejszych projektach. Wydaje mi się, że Johnny Depp należy do tej grupy. Jednym z filmów stanowiących przeciwwagę do słynnego pirata, jest rola w "Transcendencji". Która będzie przedmiotem mojej analizy.

   Depp wciela się tu w postać naukowca (marzyciela) badającego zjawisko sztucznej inteligencji. Kto nie widział, pewnie ma już w głowie wyobrażenie jak potoczy się fabuła. Nic dziwnego, bo pod żadnym względem nie jest to film, odbiegający od innych z tego gatunku (science fiction). No może z wyjątkiem udziału w nim takich sław jak wspomniany wcześniej Johnny Depp czy Morgan Freeman. Nie będę jednak się rozpływał nad ich warsztatem i talentem, bo to nie jest najistotniejsze w tej analizie. Choć jestem przekonany, ze gdyby tego pierwszego nie było w obsadzie, to wielu widzów (zwłaszcza kobiety) ta pozycja by nie zainteresowała. Trudno tak naprawdę stwierdzić: czy Depp jest tu postacią pozytywną czy negatywną? Bo z jednej strony na początku uchodzi za wspaniałego przyjaciela, męża, uwielbianego przez wielu, dzięki swoim wynalazkom. Ale z drugiej strony z upływem czasu objawia się jako fanatyk chcący zawładnąć cała planetą. Brzmi trochę absurdalnie. Jack Sparrow opanowuje całą planetę i uchodzi za Boga na Ziemi. Jednak, ani przez moment, nie miałem obawy, ze tak się stanie. W końcu happy end zawsze musi być. Żeby jednak nie było tak monotematycznie, to wskaże wielki plus tej produkcji czyli żonę głównego bohatera, graną przez Rebecce Hall (znaną z "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena). Swoja kreacją, pozostawiła w cieniu wszystko i wszystkich. Twórcy zrobiliby najlepiej, gdyby usunęli z obsady wszystkich i pozostawili tylko ją i efekt końcowy byłby znakomity. Niestety Johnnego Deppa, przez większość filmu obserwowaliśmy na ekranie monitora Jego żony. Przyczyną tego były ryzykowne eksperymenty na nim, wynikające ze śmiertelnej choroby. Więcej pozytywów oprócz podanego powyżej niestety nie odnajduje. Film generalnie jest toczony w bardzo poważnej atmosferze. Trochę szkoda, bo parę zabawnych sekwencji, mogłoby nadać temu filmowy inny charakter i trochę urozmaicić. Można powiedzieć, ze realizacja filmu się odbyła, aktorzy skasowali za rolę, producenci również i nic poza tym. Kolejna, niezapadająca w pamięć opowiastka. W końcu jak nie ma dobrej fabuły, to najlepiej zaangażować wielkie gwiazdy, które przyciągną widzów i zarobią dla filmu kasę. Kolejny raz widz, staje się ofiarą chwytów marketingowych.

     Po raz kolejny okazało się, ze ucieczka, przed stałym zaszufladkowaniem, rzadko kiedy przynosi powodzenie. Dla mnie Depp po tym filmie dalej będzie się kojarzył z Jackiem Sparrowem i wydaje mi się, ze do końca Jego kariery aktorskiej, tak pozostanie. Dla kogoś, kto chcę uciec od problemów życia codziennego, polecam obejrzenie, bo jest lekki i niewymagający myślenia. Jednak tym o dużych wymaganiach, stanowczo odradzam.

Ocena: 3/6

Fabularny dokument

tyl33

   kadr

      Różnorodność i nowatorstwo zawsze było cennym towarem, nie tylko w kinematografii. Do tego zjawiska z pewnością możemy zaliczyć film, który wkrótce oficjalnie pojawi się na ekranach polskich kin. Film będący zbiorem dokumentalnych materiałów z czasów Powstania Warszawskiego.

      Tytuł tej produkcji to jak się pewnie domyśliliście "Powstanie Warszawskie". Niezwykle trudno jest ocenić go, gdyż z pozoru fabuła dla przeciętnego widza może się wydawać, przeraźliwie nudna i niezbyt wciągająca. Wydaje mi się jednak, że pomysłodawcy tego przedsięwzięcia, nie mieli celu pokazania kolejnego filmu o wojnie, gdzie w rolach głównych pojawiliby się Ci aktorzy co zawsze czyli: Adamczyk, Karolak, Szyc. Raczej przedstawienie tych wydarzeń historycznych, w nieco innej konwencji, takiej dzięki, której odbiorca czuje się jakby sam w nich uczestniczył. W końcu cały film jest nakręcony przez dwóch uczestników tych wydarzeń. W trakcie całego obrazu właściwie, głównie słyszymy ich rozmowy, na różne tematy, nie tylko dotyczące wydarzeń wojennych, ale również bardzo przyziemnych problemów i radości. Obserwujemy przez większość czasu ich życie codzienne. Które wbrew pozorom zostało przedstawione jako szczęśliwe, gdyż widzieliśmy w tych ludziach radość życia i wiarę, że wszystko dobrze się skończy. Niestety życie jak zawsze zweryfikowało wszystko. Paradoksalnie mimo, iż obserwujemy film o wojnie, to niewiele było scen ukazujących egzekucje na Polakach, widzimy jedynie końcowy efekt. Wiele jest ujęć martwych zwłok, gruzów po strzelaninie i innych tragicznych widoków. Twórcą fabuły jest znany m. in. z "Sali Samobójców" Jan Komasa. Trzeba przyznać, ze realizacja stała na bardzo przyzwoitym poziomie, więc plus dla niego. Przed obejrzeniem tej produkcji, miałem wielkie obawy, ze będzie to kolejna kiczowata polska superprodukcja, gdzie będzie wszystko nieskładne i zrobione pod publiczkę. Na całe szczęście "Powstanie Warszawskie" takie nie jest. Przypisanie tej pozycji do jakiegokolwiek gatunku filmowego nie jest takie proste, gdyż stwierdzenie, ze jest to tylko i wyłącznie obraz dokumentalny, też nie byłoby zgodne z prawdą. W końcu w rolę tych dwóch chłopaków kręcących musiał się ktoś wcielić. Mimo, iż słyszymy jedynie ich głosy. Na filmweb-ie nawet widnieje zdanie mówiące iż: jest to pierwszy na świecie dramat wojenny non- fiction. Więc już wiecie dlaczego wcześniej wspominałem o nowatorstwie.  Na pewno jest to niezwykle cenna i potrzebna produkcja, głownie jednak skierowana do historyków. Na pewno przeciętny Kowalski czy Nowak uznają ten film za stratę czasu.

      Dziś wyjątkowo nie podejmę się oceny liczbowej filmu, gdyż po raz pierwszy mam tak ambiwalentne odczucia, ze nie jestem w stanie tego zrobić. Niekiedy lepiej zachować zdrowy rozsądek i wstrzymać się od zdecydowanych sądów, tylko opisać wszystko zdrowo rozsądkowo, a nie emocjonalnie.

Stary (dobry) Allen

tyl33

kadr  

   Allen, Tarantino, Polański, Scorsese: dzieła stworzone przez tych twórców, zawsze były mocno wyczekiwane przez widzów na całym świecie. Głównym powodem tego zjawiska są wcześniejsze produkcje tych twórców. Które mają swój niepodrabialny i niepowtarzalny styl. Powoduje on, że gdy widzimy nazwisko jednego z nich na plakacie do filmu, to nie możemy tego obrazu przegapić. Dziś zajmę się pozycją, w której swój udział zaszczycił Woody Allen. Tym razem jednak w roli aktora, a nie jak zazwyczaj reżysera.

  Wydawałoby się, że stworzenie dobrej i co najważniejsze zabawnej komedii nie jest takie trudne, bo wystarczą dobre żarty i nic poza tym. Nic bardziej mylnego. Musi być spełnione wiele kryteriów. Jak na przykład: składna fabuła, trafny dobór aktorów, umiejętne kierowanie emocjami bohaterów (gdyż może się wkraść zabijająca całość monotonia) oraz wiele innych czynników. Wszystko to jednak, można wyrzucić do kosza, gdy się ma w swoim projekcie tak charyzmatyczną postać jak Woody Allen. Ten atut spowodował, że "Casanova po przejściach" jest bardzo smacznym i udanym przedsięwzięciem. Fabuła może nie jest zbyt skomplikowana, gdyż obserwujemy w niej samotnego pracownika antykwariatu (John Torturro) oraz Jego mentora (Woody Allen). Ten drugi wpada na absurdalny pomysł by wykorzystać młodszego kolegę do zarobienia kasy i po długich namowach przekonać do roli męskiej prostytutki. Jakże ten wątek pasuje do Allena, mam tu na myśli oczywiście Jego budzące kontrowersje działania w życiu prywatnym. Bardzo ciekawym pomysłem i dużym sukcesem twórcy filmu, było zaangażowanie do ról kobiet korzystających z usług głównego bohatera czyli Sharon Stone i Sofii Vergary. Co prawda nie były postaciami pierwszoplanowymi, ale przynajmniej mnie mocno zapadły w pamięć. Były niezwykle pociągające i chętne, a pracownik antykwariatu sprawiał wrażenie jakby to nie robiło na nim żadnego wrażenia. Był nieśmiały, skryty, stanowił prawdziwe przeciwieństwo kobiet, z którymi miał do czynienia. Wyglądało to bardzo zabawnie i oczywiście zapewne celowo tak zrealizowane. Całkowicie niespodziewanie pojawia się w filmie wątek Żydowski, choć z drugiej po Allenie można się tego spodziewać. W końcu u niego nic nigdy nie może być normalne. W tym przypadku to rzecz jasna komplement. Wydaje mi się jednak, że udział Jego w tej produkcji, oczywiście jest dużym atutem, ale może też być przeszkodą, gdyż sekwencje z udziałem Allena są tak świetnie, że gdy się kończą, to widz tylko czeka, aż znów się pojawią. Przez to mogą umknąć inne aspekty istotne, które twórca chciał przekazać odbiorcy. Może jednak za bardzo się czepiam, w końcu to przecież jest tylko komedia, więc chodzi w niej wyłącznie o dobrą zabawę. A Woody Allen, przecież jej nie popsuł. Należy też pochwalić za bardzo dobrą ścieżkę dźwiękową, uwypuklała ona znakomicie konwencje w jakiej film został zrealizowany. Tak jak już wspomniałem na początku tekstu, twórca między innymi takich dzieł jak "Wszystko gra", "O północy w Paryżu" czy "Vicky Cristina Barcelona" spowodował, że nie sposób mówić  o produkcji  opisywanej czegokolwiek negatywnego.

      Dziś opisywany przeze mnie film był absolutnym przeciwieństwem emocji jakich doświadczyłem w przypadku poprzednich obejrzanych pozycji. Na szczęście są to pozytywne odczucia, bo " Diabelskie nasienie" dwa razy się nie zdarza. Tym optymistycznym akcentem zakończę i zachęce do pójścia na Allena, bo warto.

Ocena: 4/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci