Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Toksyczna matka

tyl33

kadr

 Na przestrzeni ostatnich 10 lat, nastąpił w polskiej kinematografii trend na reżysera-kobietę. Jedną z prekursorek tego zjawiska jest Magdalena Piekorz, która choćby swoimi "Pręgami" wybiła się i dziś jest szanowanym twórcą, na której kolejne filmy czeka się z niecierpliwością. Gdyż jest to ambitne kino, które ukazuje świat i życie w nieco mniej optymistycznym świetle, ale zawsze prawdziwie. Jednym z przykładów tego typu podejścia jest film, którym się dziś zajmę czyli "Zbliżenia".

 Piekorz w tym przypadku ukazuje na ekranie, trudną, skomplikowaną i toksyczną relację matki z córką. Z jednej strony jak to rodzina kochają się, ale z drugiej przy każdej dłuższej rozmowie dochodzi do konfliktów, głównie za sprawą obniżania wartości córki przez matkę. Taki rodzaj władzy, źle wpływa na młodą kobietę, która jest niespełnioną rzeźbiarką i na polu prywatnym nieszczęśliwą. Jedyną nadzieją kobiety jest mężczyzna, którego poznaje przez internet, z którym nawiasem mówiąc żeni się i zamieszkuje. Niestety ta chora więź (matka-córka) nie traci przez to na swojej mocy. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie wzrasta. Z pozoru wydaje się, ze wyjście z tej sytuacji jest jedne, a mianowicie zerwanie kontaktu na długi czas. Ale łatwo powiedzieć, obie kobiety są tak uzależnione od siebie, że  poprzez to straszliwie cierpią i widzimy to wyraźnie na ekranie. Przyznam, że uwielbiam tego typu kino. Czyli pełne emocji, prawdy, dosadności i autentyzmu zdarzeń. Nie ma w tym filmie nic robionego pod publiczkę. Tylko ludzki dramat, pełen wielu smaczków artystycznych. Najlepszym dowodem na dojrzałość tej pozycji jest konwencja w jakiej się toczy czyli pełnej niedopowiedzeń, widać w ten sposób, że twórca szanuje widza i liczy na Jego inteligencje i umiejętności interpretacyjne. A przecież sztuka ma wielu odbiorców i każdy indywidualnie inaczej ja odbiera. Trzeba również podkreślić fantastyczne kreacje aktorskie Joanny Orleańskiej, Łukasza Simlata i Ewa Wiśniewskiej. Ich ekspresyjność i przedstawienie emocji bohaterów było prawdziwym majsterksztykiem. Myślę, że taki film zmusza odbiorcę do refleksji i zastanowienia się nad funkcjonowaniem w życiu i uczy empatii. Bo w końcu każdy widz współczuje młodej kobiecie takiej matki i życzy jej jak najlepiej. Ale czy przez to stajemy się lepsi i szlachetniejsi? Podejrzewam, ze nie ale na pewno możemy wyciągnąć po takim rodzaju emocji  dla siebie mądre wnioski i wcielić w życie. Bo w końcu przez całe nasze życie się uczymy jak funkcjonować i radzić sobie w trudnych sytuacjach. A Magdalena Piekorz jak widać może służyć swoją twórczością temu zjawisku.

 Na koniec mam pewną myśl i apel do wszystkich moich czytelników i jednocześnie prośbę. Zastanówcie się zanim w jakichkolwiek sytuacjach życiowych zdecydujecie się zhejtować polskie kino i użyć frazesu typu: polskie kino jest do dupy. To nieprawda wg mnie przynajmniej. Narodowość nie jest i nie może być wyznacznikiem jakości produkcji. Nie tylko Polacy dają ciała artystycznie. Amerykanie, francuzi i inni też. A nasi twórcy naprawdę posiadają ogromny potencjał twórczy, dowodem na to są choćby "Zbliżenia" Magdaleny Piekorz. Apeluje o chłodną głowę i głębsze zastanowienie. Te "nasze negatywne myślenie" i ocenianie często jest niesłuszne. Pozwólmy ludziom na rozwój i nie skreślajmy po pierwszym niepowodzeniu, bo upadek bywa początkiem czegoś fantastycznego. Życzę tego każdemu z Was i polecam obejrzenie filmu.

Ocena: 4,5/6 

Ludzie Brada

tyl33

 kadr

 Od wielu lat, My Polacy żyjemy w przeświadczeniu, że Stany Zjednoczone są istnym rajem na Ziemi i symbolem wszystkiego co modne i oryginalne. Te same zjawisko obserwujemy w kinematografii. Dziś w swoim wpisie ukarze i udowodnię , że nie zawsze amerykańska produkcja z tego samego gatunku filmowego musi być lepsza od polskiej. Zrobię to na przykładzie tematyki wojennej i ostatnich kinowych pozycji z obu kinematografii.

 Obejrzałem dziś "Furię" Davida Ayer'a i ku mojemu zaskoczeniu znacznie lepiej wspominam ostatnie "Miasto 44" Jana Komasy. Powodem tego wcale nie są żadne sentymenty patriotyczne, tylko racjonalna ocena obu projektów. Jedną z różnic jest to, że "Furia" posiada w obsadzie taką gwiazdę jak Brada Pitta. Podczas, gdy "Miasto 44" stawia na młodych aktorów, raczej nieznanych. Ale ten aspekt akurat nie działa negatywnie w stronę amerykańskiej produkcji. Przede wszystkim ze względu na kreacje Pitta, który gra tu żołnierza, zachowaniem i sposobem bycia przypominającym pamiętnego porucznika Aldo Raine'a z "Bękartów wojny" Quentina Tarantino. Niestety na tym się kończą powiązania z tę pozycją. Co nie zmienia, ze amerykański aktor był fantastyczny i choćby dla niego warto obejrzeć. Wracając do różnic to jedną z najistotniejszych jest konwencja, w której się toczy fabuła. W polskiej czuć emocjonalność i tragiczność bohaterów, natomiast amerykanie jak zawsze pół żartem pół serio. Ekipa którą zarządzał Brad Pitt walczyła za pośrednictwem czołgu z ludźmi Adolfa Hitlera. Film jest przepełniony błyskotliwymi dialogami ukazującymi bohaterskich żołnierzy jako normalnych ludzi, nie żadnych symboli moralności. No może z wyjątkiem Brada, który jest tu traktowany przez swoich żołnierzy niemal jak Bóg. Nie ma w tym filmie mowy o żadnej martyrologii. Można powiedzieć, że nie ma w nim, jak dla mnie nic odkrywczego ani nowatorskiego. Jedynym zaskoczeniem jest może zakończenie, bo jednak przeczy ono trochę amerykańskiemu mitowi superbohaterów. Porównując to wszystko do "Miasta 44" , które jest raczej nakierowane i nasycone cierpiennictwem. Mimo iż wolę optymistyczniejsze patrzenie na świat i kino to uważam, ze w tematyce wojennej ten aspekt jest niemal najważniejszy, a amerykanie z tym swoim czasem prześmiewczym tonem są już nudni. Największą różnicą obu produkcji jest element zaskoczenia. "Furia"  w żadnym aspekcie tego nie zrobiła, w odróżnieniu od filmu Komasy, który swoją wielowątkowością i emocjonalnością jest wyjątkowy i dla mnie lepszy od show Brada Pitta.

 Podsumowując, mam nadzieję, że udało mi się tu kogokolwiek przekonać to wyzbycia się jakichkolwiek kompleksów narodowych. Amerykanie wcale nie są lepsi we wszystkim od nas. Po prostu są bogatszym państwem to jedyna różnica, a jak wiadomo pięniądz rządzi światem. Mimo tego że uznałem polską produkcje za lepszą, to nie mam zamiaru nikogo zniechęcać do obejrzenia "Furii" bo wbrew powyższej opinii jest to kino na poziomie i świetnie zrealizowane. Więc polecam obie pozycje i tym optymistycznym akcentem zakończę  dzisiejsze rozważania.

Ocena:4/6

Syn diabła

tyl33

 kadr

 Gdy w 2008 roku do kin trafiła pierwsza część "Zmierzchu", nastąpił wielki przełom w odbiorze przez widza diabelskiego stworzenia jakim jest wampir. Przed tym wydarzeniem społeczeństwo postrzegało te istoty jak symbol absolutnego zła. A za sprawą tego cyklu postać wampira zaczęła być postrzegana jako synonim pozytywnych wartości i nawet paradoksalnie: ludzkich. Pod wpływem tego trendu powstało wiele amerykańskich seriali kopiujących ten wizerunek jak np. "Czysta krew" czy " Pamiętniki wampirów". Podobne zjawisko widzimy w filmie, który dziś opisze czyli "Dracula- nieznana historia".

 Dracula zawsze był symbolem absolutnego zła. W tym przypadku obserwujemy bardzo przekoloryzowaną wersje i jak dla mnie typowo "hollywoodzką". Głównie dlatego, ze z reguły postacie uważane za potwory są egoistami i nie obchodzi ich los innych. Natomiast ten Dracula był prawdziwym wzorem empatii. Był gotów poświęcić wszystko by uchronić swoją rodzinę i poddanych, nawet dać się pogryźć przez przerażającego wampira w celu uzyskania siły w walce ze swoim wrogiem (Turcy). Analizując całe te przedsięwzięcie należy stwierdzić, że jest to film będący takim prostym umilaczem weekendowym. Fabuła jest nieskomplikowana, jak dla mnie nawet zbyt przejrzysta, do tego z dużą ilością luk i niedopowiedzianych wątków. Mimo tego uważam, ze ogląda się "Dracule...." przyjemnie i lekko. Nie mogło zabraknąć oczywiście wątków miłosnych, a szczególnie wielkiego uczucia głównego bohatera do swojej żony. Trochę to może było za ckliwe w mojej interpretacji, ale istotne w kontekście całej historii i odbioru Draculi przez widza. Okazał się dobrym potworem. Brzmi to dość absurdalnie, ale to prawda. Zastanawiam się z czego wynika takie wybielanie? Najgorsze jest to, ze wiele nastolatek to kupuje i z przesadą się angażuje i zakochuje się w szlachetnych wampirach. Wiadomo, ze jest to wszystko fikcją i nie warto się tym przejmować, ale jednak te zjawisko w społeczeństwie budzi moje zaskoczenie. Mimo iż ten dzisiejszy Dracula może nie stanie się obiektem westchnień młodego pokolenia, to można podpiąć go do tego trendu. Ocena ogólna moja tej wampizej pozycji jest dobra, bo jednak jakieś emocje i akcja tu były, ale żadna rewelacja.

 Kończąc moje rozważania uważam, ze póki dalej będzie zapotrzebowania na wampirów herosów, to na pęczki będą powstawały kolejne podobnego typu pozycje. Choć wydaje mi się, że niedługo potrwa ten trend, bo ile można oglądać ciągle  to samo? A te love story wampirze świadczą o dużej potrzebie widza na pozytywnych bohaterów i historie. Ale jak wiadomo, każdy człowiek ma inny gust i potrzeby i tym empatycznym akcentem zakończę.

Ocena:3/6

Policyjne brudy

tyl33

 kadr

 Ulegam poczuciu przerażenia, gdy widzę, hasło widniejące na plakacie do filmu mówiące iż jest to "Pierwszy rasowy kryminał od lat". Głównym powodem tego stanu jest narodowość produkcji czyli Polska. A My lubimy pompować balon nawet jeżeli on nie ma powietrza w środku. Takie hasła ponadto budzą we mnie traumatyczne przeżycia związane z naszą kinematografią, o których wolałbym zapomnieć, a poza tym dla mnie brzmią trochę kiczowato, niech widz obejrzy, oceni, a nie producenci będą mu narzucać sposób myślenia. Paradoksalnie jednak w dzisiejszym przypadku obejrzenie polskiego filmu nie było dla mnie męka, a o szczegółach poniżej.

 Produkcja, której poświęcę dziś swój czas to "Jeziorak". Sugerując się plakatem i nazwiskami znajdującymi się na nim można uznać ten film za ciekawy. Głównie ze względu na brak znanych nazwisk. A przecież w polskim kinie to od jakiegoś czasu odzwierciedleniem jakości. Bo przecież widz nie pójdzie do kina z fanatycznej sympatii do Łukasza Simlata, który nawiasem mówiąc jest wyznacznikiem w ostatnich latach smacznych produkcji. Co jest nie lada wyczynem. Dla przykładu można tu wspomnieć "Wymyk" który był jedną z ofiar obniżającego się poziomu polskiej kinematografii. A był to film niemalże wybitny. O " Jezioraku" niestety tego powiedzieć nie można. Nazwałbym go przyzwoitym kinem, takim który można obejrzeć, ale niekoniecznie. Fabuła skupia się na intrydze i śledztwie dotyczącym zaginięciem pełnej tajemnic kobiety. Śledztwo prowadzi podkomisarz Iza Dereń przeżywająca osobisty dramat związany z zaginięciem jej narzeczonego i ojca jeszcze nienarodzonego dziecka. Towarzyszy jej stawiający pierwsze kroki w policji aspirant Wojciech Marzec. Rzecz jasna kobieta szuka związku między obydwoma wydarzeniami. Czyli można powiedzieć, że wszystko po staremu. Nic nowego, ciągle powtarzające się schematy. Dla mnie cały ten film taki jest. Za lekko opowiedziany, zbyt czytelnie. Za mało główkowania dla widza. Jeżeli chodzi o grę aktorską, to nie ma powodów ani do zachwytów ani krytyki. Bo zagrali bez zarzutu, ale też bez specjalnych fajerwerków. Dialogi nie są mocnym elementem tego obrazu. Są przyzwoite, ale to za mało jak dla mnie. Niczego odkrywczego tu nie zamieszczę, bo nie bardzo jest tu się czym zachwycać. Kolejny raz polski twórca poszedł na łatwiznę, szkoda gadać.

 Reasumując, muszę stwierdzić z przykrością, że nie jest to kryminał, który zapadnie mi w pamięć, pod jakimkolwiek względem, po prostu został zrealizowany, obejrzany, opisany i nic więcej. A szkoda, bo myślę, że naszej kinematografii brakuje dobrych kryminałów. Czy naprawdę najlepszymi polskimi filmami ostatnich miesięcy muszą być filmy historyczne czy autobiografię? Ostatnio, polski sport zrobił krok do przodu, może teraz czas na kinematografię?

Ocena: 3/6

Kobieca moc

tyl33

 kadr

 Głębia kobieca, sposób myślenia, motywy postępowania, najdrobniejsze gesty do dnia dzisiejszego stanowią wielką zagadkę, głównie dla świata mężczyzn. Czy można te czynniki racjonalnie zanalizować i zrozumieć? Myślę, że nie. Wydaje mi się jednak, że w tym przypadku nie chodzi absolutnie o jakąś nadludzką moc tej płci, tylko o to, że człowiek jest odrębną jednostką w świecie i nie każdy musi rozumieć jej postępowanie. Nawet najlepszy psycholog może nie dać rady. Ale dość tego filozofowania. W dzisiejszej analizie, dotknę tematu kobiecej nieprzewidywalności, a zrobię to poprzez amerykańską produkcję "Zaginiona dziewczyna".

 Na pierwszy rzut oka, po obejrzeniu zwiastuna filmu można stwierdzić, że będzie to kolejny obraz toczący się w konwencji śledztwa (poszukiwań) dotyczącego zaginionej kobiety. Czyli będziemy obserwowali kolejne brudy przeszłości głównej bohaterki, a na końcu ona się odnajdzie. Nic z tego! W tym przypadku jest inaczej, fabuła jest urozmaicona o wiele ciekawych wątków, które nadają smaczku całemu projektowi. Ale od początku. Akcja rozgrywa się wokół zdarzeń z życia pewnego z pozoru szczęśliwego małżeństwa, które spotyka tragedia związana z zaginięciem kobiety. Wszystkie dowody i zdarzenia sugerują, że sprawcą porwania, a może i zabójstwa jest mąż. Tak jak to zresztą bywa w niemal każdej tego typu historii, czyli osoba z rodziny zawsze jest podejrzanym nr 1. Czy mąż okazał się sprawcą? Nie powiem tego bo musiałbym zdradzić ważne wątki filmu. Jestem zachwycony stylem poprowadzenia akcji w tej sytuacji. Do tego wciągająca i pełna nieprzewidywalnych zwrotów akcja. Wszystko w tym filmie zaprzecza określonemu schematowi takich historii. Nie można zapomnieć o obsadzie aktorskiej. Mam tu na myśli Bena Afflecka, który w ostatnim roku odniósł niespodziewany i jak dla mnie niezasłużony sukces w postaci nagrody Oscara za "Operacje Argo". Teraz można powiedzieć, ze po raz kolejny wziął udział w czymś interesującym i spisał się na medal, ponownie jak wcielająca się w rolę porwanej kobiety Rosamund Pike. Intryga w tym obrazie nabiera z każdą minutą coraz więcej odcieni i budzi w głowie widza kolejne wątpliwości. O co tu chodzi? Można powiedzieć, że ta produkcja nie posiada słabych momentów, dlatego te 140 min. filmu, mija niezwykle szybko. Uważam, ze jest to najlepszy amerykański film jaki widziałem w tym roku. Choćbym chciał to i tak nie znajdę tu żadnych uderzających minusów. Polecam.

 Podsumowując, jestem zbudowany poziomem dzisiejszej produkcji. W końcu dostrzegłem jakieś nowatorstwo w amerykańskim kinie. Nawet osoba Bena Afflecka, którego można nie lubić za Jego filmy z przeszłości, ale na pewno należy go chwalić za to jakich dokonuje wyborów w ostatnich latach. Co prawda wg mnie za "Operacje Argo" nie powinien otrzymać Oscara, to nie zmienia faktu to, ze był to bardzo dobry film. Ale moim zdaniem ten dziś opisywany jest lepszy.

Ocena:5/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci