Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Pewnego razu w Listopadzie

tyl33

 Obserwując ostatni wysyp polskich produkcji można dostać gorączki. Filmy co prawda nie prezentują daremnego poziomu ale aktorzy się niezmiennie powtarzają. Nie ukrywam, że jak widzę Agatę Kulesze ponownie w pełnej martyrologii kreacji to poziom depresji rośnie we mnie coraz bardziej. Dlaczego Kulesza nie może zagrać w takim filmie jak "Listy do M. 3"? Tylko wiecznie kobiety skrzywdzone przez los. Wystarczy przytoczyć tak głośne tytuł jak "Ida", "Róża", "Pod Mocnym Aniołem" czy "Sala samobójców". Nie odmawiam jakości tym filmom, ale one mocno zaszufladkowały Kulesze jako aktorkę jednowymiarową. Oczywiście jakieś wyjątki od reguły by się znalazły, ale mam przeczucie, że sama aktorka nie ma zamiaru rezygnować z grania cierpiących kobiet. Dziś można ją obejrzeć w najnowszym filmie Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w Listopadzie".

 Film dotyka wielu tematów. Po pierwsze problem biedy, po drugie przyjaźni między człowiekiem a zwierzęciem, a po trzecie tematów politycznych związanych z miastem Warszawa i słynnej dzikiej reprywatyzacji.  Mamy do czynienia z bezdomną byłą nauczycielką i jej synem studentem prawa, który dla siebie jest w stanie znaleźć lokum, trudniej ma jednak ze swoją matką, która poprzez przywiązanie do psa (Koleś) wyrzucana jest z kolejnych przytułków. Jakimowski pokazuje Warszawę z tej brudnej, obskurnej perspektywy, odbiegającej od wizerunku tego miasto przedstawianego w TVN-owskich komercyjnych serialach. Ten aspekt na pewno należy umieścić po stronie plusów. Po stronie minusów umieściłbym mieszanie polityki partyjnej do filmu. Nie powiem, że reżyser robi tu za propagandystę, ale moim zdaniem niepotrzebnie jest tu tak wiele polityki. Oprócz problemu reprywatyzacji, dotyka problemu związanego z organizacjami narodowymi. Moim zdaniem lepiej byłoby skupić się na wątku bezdomności i radzenia sobie z nią niż mieszania tych wątków. Aktorsko rzecz jasna zastrzeżeń do Kuleszy mieć nie można, bo gra na swoim poziomie czyli wysokim. Znając polskich scenarzystów "Listy do M. 4" powstaną, oby z udziałem Agaty Kuleszy.

Ocena: 4/6

Mother!

tyl33

 

 Nie ukrywam, że gdy zobaczyłem zwiastun do filmu "Mother!" i dostrzegłem w nim osobę Jennifer Lawrence to zacierałem ręce i oczekiwałem na premierę z niecierpliwością, gdy dodamy do tego jeszcze udział Javiera Bardema, Eda Harrisa i Michaele Pfeiffer a za kamerą twórcę takich filmów jak "Requiem do snu" czy "Zapaśnik" Darrena Aronfansky'ego to efekt musiał być piorunujący i taki też był, ale jest kilka "ale". Jeżeli chodzi o grę aktorską, to zastrzeżeń być nie może. Reżyser wykorzystał atut "posiadania" Lawrence i skupił się na jej postaci. Można powiedzieć, że nie było sceny w filmie bez jej udziału. Jest dużo zbliżeń twarzy i ciała aktorki, ale niestety w pewnym momencie akcja staje w miejscu i niewiele się dzieje. Oczekiwanie na rozwiązanie trwa zbyt długo. Początkowo Aronfansky daje sygnały, że możemy mieć do czynienia z horrorem, którego sens zrozumie tylko on sam. Z czasem jednak widać było, że "Mother!" horrorem nie jest i raczej go nawet nie przypomina. Bardziej przypomina psychodeliczny thriller psychologiczny, w którym skupiamy się na mentalności głównej bohaterki.

 Czytałem jedną z recenzji do filmu, z której wynikało, że twórca otwarcie uderza w stronę Boga w swoim przekazie. Nie można wykluczyć takiej ewentualności, jest jednak jedno "ale", orędownikiem tego poglądu jest krytyk pracujący w prawicowym medium, więc wiadomo, że Jego intencje są równie dwuznaczne jak twórcy filmu. Przez większą część czasu filmu moja interpretacja mocno ewoluowała. Początkowo przepowiadałem pełen oczywistości horror o nawiedzonym domu albo mrocznych przybyszach, którzy mają niecne cele wobec małżeństwa. Późniejsza interpretacja wykluczała te scenariusze i przewidywała jako główne przesłanie ukazania pedantycznej, pragnącej domowego ciepła młodej kobiety, która przez szaleństwo męża traci kontrole nad swoim życiem, a My za pośrednictwem masy gości w domu upajamy się jej zagubieniem i frustracją. Tylko czy możliwe jest niekibicowanie Jennifer Lawrence w tym przypadku? Film jest wielowymiarowy i zapewne każdy zinterpretuje go inaczej, ale uważam, że dla polskiego widza będzie on nie zdarcia i nie dlatego, że nasz kraj uchodzi za mocno katolicki.

Ocena:4,5/6

Borg/ McEnroe: Między odwagą a szaleństwem

tyl33

 Nie będę ukrywał, że z dużym zaciekawieniem oczekiwałem filmu, o którym dziś powiem ze względu na swoje zamiłowanie tenisem. Nie pamiętając czasów Bjorna Borga i John'a McEnroe liczyłem na poznanie bliżej życiorysów obu sportowców. Wiedziałem, że Amerykanin był prawdziwą bestią na korcie, obrażającym sędziów, kibiców i wszystkich wokoło. Jednak te zachowania nie świadczyły o jego słabości tylko go nakręcały do lepszej gry. W filmie jawi się on jako młody talent mający zdetronizować mistrza i idola kibiców Bjorna Borga. Ich finałowy mecz na Londyńskiej trawie był reklamowany jako pojedynek dobra ze złem. Nie muszę chyba mówić kto był tym złym? Nie można powiedzieć by jest to film sportowy, bo tenis oczywiście pojawia się tu jako jeden z wątków, ale raczej poboczny. Poznajemy charaktery obu sportowców i jawią się oni jako absolutni perfekcjoniści i ludzie nastawieni na sukces, mimo wielu osób, które podstawiały im nogę i robiło pod górkę, nie wróżąc kariery na żadnym poziomie.

 Zapewne większość z Was oglądających film będzie kibicowało Borgowi, gdyż on pedantyczny, grzeczny mającym swój świat profesjonalistą budzącym większą sympatie niż zapatrzony w siebie i arogancki McEnroe. Wielkim plusem filmu jest końcówka i sposób ukazania pojedynku tenisowego między nimi. Oglądało się to z napięciem i z dreszczami na twarzy, jakby to był prawdziwy pojedynek tenisowy oglądany na żywo. Oczywiście porównując dokonania obydwu sportowców do dzisiejszych mistrzów tenisowych czyli Rogera Federera i Rafaela Nadala to jest to niebo a Ziemia. Wystarczy przytoczyć statystykę Szwajcara, który wygrał 18 razy Turniej Wielkiego Szlema, czyli tyle samo ile łącznie McEnroe z Borgiem, ale nie zmienia to faktu, że podziw należy się zarówno Szwedowi jak i Amerykaninowi. Na koniec warto jeszcze pochwalić obsadę aktorską. Shia LaBeouf i Sverrir Gudnason spisali się na medal i choćby z ich powodu warto obejrzeć film o walce dobra ze złem.

Ocena: 5/6

Śmierć nadejdzie dziś

tyl33

 Będąc na sali kinowej przy okazji filmu "Śmierć nadejdzie dziś" ogarnęło mnie lekkie przerażenie gdy zobaczyłem jaki typ widza jest na niej. Mam tu na myśli nastolatków oraz rodziców z 10 letnim dzieckiem. Moje zdziwienie wynikało z faktu znajomości zwiastuna do filmu, z którego wynikało iż będziemy mieli do czynienia z horrorem. Przypomniał mi się seans kinowy na filmie Andrzeja Wajdy "Katyń", gdzie pięcioletni chłopak patrzył na scenę, w której zabijani strzałem w głowę byli nasi rodacy. Tym razem jednak zapowiedzi zwiastunowe okazały się przesadzone, gdyż może i zalążki horroru film posiada, jednakże wykracza on szeroko poza schemat tego gatunku filmowego. Film jest trochę komedią,  thrillerem psychologicznym. Tak naprawdę trudno jest go zaszufladkować, co w tym przypadku należy uznać za duży atut.

 Bohaterem jest dziewczyna mieszkająca w akademiku, która przeżywa kilka razy ten sam dzień. Każdy z dni kończy się jej śmiercią. Brzmi dość miałko ale twórcy wyszli z twarzą i stworzyli coś co ogląda się z wypiekami na twarzą i napięciem. Klimat filmu przesiąknięty jest wątpliwościami i niepewnością. Zazwyczaj budowanie napięciem jest najtrudniejsze przy okazji dzieła filmowego, tym razem twórcy spisali się na medal. W żadnym momencie filmu nie byłem niczego pewny co się wydarzy. Zakończenie jest bardzo zaskakujące choć może nie wszystko jest w nim takie doskonałe ale nie czepiajmy się detali, bo one w tym przypadku nie decydowały o efekcie końcowym. Jeżeli chodzi o obsadę aktorską to dużych nazwisk tu nie znajdziemy, ale młodzi aktorzy, którzy tu wystąpili spisali się bez zarzutu. Oczywiście nie spodziewajcie się przy okazji tego projektu jakiejś głębi lub morału ale myślę, że jest to kawał dobrego kina rozrywkowego, które z całą pewnością Was wbije w fotel.

Ocena: 5/6

Thor: Ragnarok

tyl33

 

 

 Zapewne wielu zaciekłych i stałych czytelników mojego bloga będzie mocno zaskoczona, gdyż bodaj po raz drugi napisze pozytywną recenzje o produkcji Marvelowskiej. Pierwsza taka to byli "Strażnicy Galaktyki", druga zaś to "Thor: Ragnarok". Te pochwały wynikają z tego iż w obydwu przypadkach reżyserzy postanowili nieco pobawić się konwencją i poszli w stronę komediową. W dużej mierze " Thor: Ragnarok" jest bardziej pastiszem niż klasycznym filmem sensacyjnym. Oczywiście sceny przemocy są tu obecne ale w stopniu minimalnym. Znakomita jest konwersacja tytułowego bohatera z Hulkiem. Trzeba przyznać, że relacje obu postaci nadają projektowi dodatkowego smaku. Aktorsko zresztą poziom jest równie wysoki. Poczynając od Chrisa Hemswortha, kończąc na Marku Ruffalo.

 Tym razem główny bohater wraca do swoich skandynawskich korzeni i by zaistniał spokój w jego rodzinnych stronach musi zmierzyć się ze złem w postaci demonicznej Heli (Cate Blachett). Thor nie jest tu przedstawiany jako poważny wojownik, raczej ktoś o dużym ego, pragnący udowodnić całemu się światu, że jest najcudowniejszy pod słońcem. W tej roli Hemsworth wypada znakomicie i mimo trudnego charakteru, trudno go nie lubić. Za reżyserie odpowiada Nowozelandzki reżyser Taika Waititi, którego zapewne żadne z Was nie zna. Nic dziwnego bo nawet przeglądając jego filmografie nie znalazłem tam znanych mi tytułów. Jednak w kontekście dziś opisywanego filmu nie ma to większego znaczenia bo "Thor: Ragnarok" jest znakomitą rozrywką dla każdego, która z całą pewnością Was zadowoli.

Ocena: 5/6

 

 

 

 

 

 

 

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci