Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Tulipanowa gorączka

tyl33

 Z dużym zniecierpliwieniem czekałem na kolejny film ze zjawiskową i hipnotyzującą Alicią Vikander, więc gdy zobaczyłem zwiastun "Tulipanowej gorączki" to ostrzyłem sobie zęby, że doświadczę czegoś fantastycznego a dokładając do tego Christophera Waltza wydawało się, że nie miało prawa się to nie udać. Niestety twórcy nie sprostali zadaniu i zawalili na całej linii potencjał, który mieli w rękach. Akcja filmu dzieję się w XVII wieku w Amsterdamie. Obserwujemy losy małżeństwa, które nie może doczekać się potomstwa mimo wielu prób. Po kobiecie widać, że ma już tego dość i tylko wpływ wymagającego męża (Christopher Waltz) powoduje, że ona nadal w tym uczestniczy. Sytuacja zmienia się w momencie gdy pojawia się młody początkujący malarz. W filmie przeważają krótkie ujęcia i dużo wątków wrzuconych naraz, niby stagnacji w akcji filmu nie ma ale jakoś brak wyrazu temu przekazowi. Zbyt ogólnie zostały przedstawione postacie, lepiej moim zdaniem było skupić się na jednej  i przedstawić akcję z perspektywy uczuć jej. Idealną osobą byłaby Sophie (Alicia Vikander). Z jednej strony jej osoba objawia się jako kluczowa, ale moim zdaniem potencjał został nie dość rozwinięty. Nawet Waltz nie wypadł olśniewająco, ale tylko dlatego, że nie bardzo miał tam co grać. Ujęcia i sceny były krótkie.

 Największe rozczarowanie tego roku. Oczywiście można chwalić projekt za scenografie, kostiumy i aspekty drugorzędne ale czy artystycznie to podnosi ocenę jako całości? Moim zdaniem atuty powinny być uwypuklone gdzie indziej. Niestety w filmografiach trójki wyżej wymienionej ten projekt będzie się znajdował, choć zapewne nie skreśli ich dotychczasowych wybitnych ról. Niech Waltz lepiej wróci do Tarantino, bo w Jego konwencji sprawdza się najlepiej. Natomiast Vikander niech trafi pod skrzydła jakiegoś wybitnego twórcy kina autorskiego i ten reżyser wyciśnie wszystko co z niej najlepsze. A Judi Dench, niech zmartwychwstanie jako "M" u boku Daniela Craiga w Jamesie Bondzie .

Ocena: 2,5/6

Na układy nie ma rady

tyl33

 Obserwując polską kinematografie na przestrzeni ostatnich miesięcy nie spotkałem się z filmami, które prezentowałyby mocno rynsztokowy poziom i nie trzymała poziomu. Nie inaczej jest przy okazji filmu "Na układy nie ma rady", choć nie spodziewajcie się wpisu pełnego pochwał i zachęt do obejrzenia. Film pozornie miał być komedią ale w najmniejszym stopniu jej nie przypomina, bo poczucie humoru jest tu mocno ubogie. Obserwujemy losy biznesmena, który nie jest w stanie zdobyć wystarczających pieniędzy do spełnienia zachcianek swojej żony i nie wie jak dalej ma wyglądać jego przyszłością. Z pomocą przychodzi mu wykładowca ze studiów, który proponuje  stanowisko wiceministra w rządzie. Brzmi absurdalnie i wydawać by się mogło podejrzanie ale czy główny bohater mógł odmówić? Od tego momentu zaczynamy obserwować "blaski" ministerialnego stylu życia.

  Twórcy mocno skupili na wątku tzw "Misiewiczów" i przez większą część czasu filmu coraz mocnej w niego wchodzili. Problemem filmu oprócz fatalnie napisanych dialogów jest kompletny brak składności i sensu fabularnego. Czekałem przez prawie dwie godziny aż film się rozkręci, niestety nie doczekałem się tego stanu. Warto podkreślić udział w projekcie mocno zapomnianych aktorów, którzy kilkanaście lat temu byli na topie czyli choćby Michał Milowicz, Jan Wieczorkowski czy Leszek Teleszyński. Cała trójka zaprezentowała się obiecująco, więc jakieś plusy przy okazji tego projektu można wyciągnąć. Myślę, że szybko film zejdzie z ekranów kin i bardzo dobrze bo to duża strata czasu.

Ocena: 1,5/6

To

tyl33

 

 Wielokrotnie gdy oglądam horrory o opętanych ludziach lub nawiedzonych domach to zastanawiam się czy twórcy tych filmów wierzą w te złe nadprzyrodzone siły czy może mają do tego dystans i tworząc swoje filmy stają się bajkopisarzami? Nigdy nie rozważałem tego, że może Ci główni bohaterowie po prostu są chorzy psychicznie i wszystko to im się wydaje? Poruszając się wokół tego tematu zapewne pozostanie wszystko sferą domniemywań nie popartych niezaprzeczalnymi faktami. Dużo do myślenie dała mi wizyta w kinie na horrorze opartym na powieści Stephena Kinga "To". Początek zwiastuje walkę z tajemniczym i niewytłumaczalnym złem. Na całe szczęście twórcy nie poszli na łatwiznę i odeszli mocno od fikcji dotykając mocno życiowych wątków, które pozwalają postawić wątpliwość czy rzeczywiście mamy do czynienia z klasycznym horrorem. Film opowiada o ludzkich słabościach, traumach i walce z nimi. Nazwanie go thrillerem psychologicznym nie byłoby nadużyciem.

 Głównymi bohaterami są dzieci, które mają duże problemu w domu, szkole i do tego muszą zmierzyć się z kolejną zmorą, która jest zwieńczeniem wszystkich traum, które w nich siedzą. Przyznam, że nie było momentu, w którym byłbym wstanie przewidzieć akcje fabuły. Film swoim klimatem hipnotyzuje i co najistotniejsze autentycznie straszy. Odważę się stwierdzić, ze groza jest tu na wyższym poziomie niż w niedawnej "Annabelle:Narodziny zła". Trzeba jednak powiedzieć, że to filmy z zupełnie innych bajek, nie mające ze sobą wiele wspólnego. "To" jest filmem wielowymiarowym, poruszającym masę interesujących i ważnych wątków, które zapewne są znane wielu z nas z autopsji. Jeżeli chodzi o nazwiska w obsadzie to nie spodziewajcie się dużych nazwisk, ale to zapewne wynika z faktu, ze głównymi bohaterami są dzieci, co nie zmienia faktu, ze spisali się naprawdę znakomicie. Myślę, że film będzie prawdziwym hitem, bo naprawdę jest warty obejrzenia i nazwisko Stephena Kinga zapewne dodatkowo zachęci do wizyty w kinie. Świadomie nie wdawałem się w szczegóły fabuły, gdyż każda najmniejsza informacja mogłaby Wam popsuć przyjemność oglądania. Polecam nie tylko fanom horrorów.

Ocena: 5,5/6

Na pokuszenie

tyl33

 

 Colin Farrell i Nicole Kidman. Te dwa nazwiska w obsadzie filmu to marzenie wielu reżyserów. Wydaje się, że film z ich udziałem musi być czymś wyjątkowym i bez wątpienia jest a co najbardziej budujące to nie tylko oni w najnowszym filmie Sofii Coppoli zachwycili. Pochwały należą się również Kirsten Dunst oraz Elle Fanning, które grając z pozoru porządne katolickie dziewczyny, tak naprawdę miały wiele grzesznych myśli. Ukazały się one za sprawą przybycia do ich domostwa tajemniczego rannego żołnierza Kaprala McBurneya, który swoją męskością fascynował nie tylko te dwie kobiety ale całą resztę. Przewodziła im dojrzała, pełna chłodu i wyrachowania Panna Martha (Nicole Kidman). W jej zachowaniu również można było dostrzec pewnego rodzaju fascynacje mężczyzną. Film toczy się w nastroju pełnym niepokoju, tajemnic i oczekiwania na przełom i wyjaśnienia, jaka jest historia mężczyzny i czy czasem czegoś nie ukrywa?

 Hipnotyzujący, wciągający, ze znakomitą grą aktorską, można powiedzieć, że Colin Farrell wreszcie artystycznie mógł pokazać swoje możliwości, bo udział w szeregu tandetnych filmów jak choćby "Postrach nocy" nie robił mu najlepszej reklamy. Trudno jest tak naprawdę stwierdzić, kto w tym filmie jest po dobrej stronie mocy a kto po złej, bo z jednej strony mężczyzna spragniony kobiet, z drugiej grupa katoliczek, które swoją ciekawością i chęcią posiadania zakazanego owocu stają się bezwzględne. Czym więc zakończy się cały ten emocjonalny rollercoaster? Zachęcam do wizyty w kinie, bo naprawdę jest to pełen smaczków film, którego Sofia Coppola bez wątpienia nie musi się wstydzić. Mało wspominałem we wpisie o Nicole Kidman, ale to dlatego, że ona zawsze wypada powalająco, moim zdaniem bardzo poważnie powinno się jej kreacje rozważyć w kontekście najbliższej gali Oscarowej.

Ocena: 5/6

Podwójny kochanek

tyl33

 Okres wakacyjny w polskich kinach obfitował tysiącami komedii, animacji, filmów akcji. Oprócz niedawnych "Obdarowanych" niewiele było poważnego kina, więc dziś dla odmiany będzie coś ambitniejszego. Francois Ozon twórca takich hitów jak "8 kobiet" czy "Basen" tym razem proponuje odbiorcy hipnotyzujące, pełne niepokoju i napięcia dzieło. Zagadka goni zagadkę i co najlepsze nie poznajemy wszystkich odpowiedzi. Sami jak obejrzycie to będziecie wiedzieli, który wątek mam na myśli. Główną bohaterką jest samotna, bezrobotna była modelka, która żyje ze swoich oszczędności z poprzedniego zajęcia. Od dawna ma problemy zdrowotne, często boli ją brzuch lecz lekarze nie są w stanie stwierdzić czym jest to spowodowane? Najnowsza diagnoza sugeruje problemy psychiczny. Kobieta więc zostaje skierowana do prywatnego psychiatry. W trakcie sesji dochodzi między nimi do zacieśnienia relacji. Co wyniknie z tego dla kobiety? Czy psychiatra jest uczciwy wobec kobiety? Te i tysiące innych pytań nasuwają się w trakcie oglądania filmu. Główna bohaterka raczej nie jest typem postaci, która będzie wielbiona przez odbiorce. Zimna, pełna goryczy, rzadko uśmiechająca się, odpychająca, nieufna. Tylko z czego to wszystko wynika? Czy psychiatra znajdzie panaceum na jej problemy?

 Ozon bawi się obrazem, w większości momentów słowa są nieważne. To za co należą się największe pochwały reżyserowi to zbudowanie psychodelicznego klimatu, który budzi jednocześnie grozę jak i podniecenie. Kilkukrotnie idzie mocno po bandzie, pokazując najskrytsze pragnienia głównej bohaterki. Scen seksu jest sporo ale jak dla mnie zostało to wrzucone w idealnej ilości, bez większego przepychu by nie popaść w monotonie i  nie pójść w ślady "Życia Adeli", gdzie scen erotycznych było jak dla mnie zdecydowanie za dużo. Warto podkreślić również znakomite kreacje Marine Vacth i Jeremiego Reniera. Myślę, że nawet przeciętny Kowalski to kupi. Polecam.

Ocena: 6/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci