Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Królewicz Olch

tyl33

 7a9578104918ec195a814d72b6d4.10001

 Polskie filmy w ostatnich miesiącach w repertuarach kinowych nie robią furory. Takie hity jak "Sztuka kochania" czy nawet "Pitbull: Niebezpieczne dziewczyny" pojawiają się od Święta. Dziś na ekranach pojawiła się niezwykle nowatorska propozycja Kuby Czekaja czyli "Królewicz Olch". Historia skupia się wokół skomplikowanej relacji uzdolnionego naukowo chłopaka ze swoją niedojrzałą emocjonalnie matką, która nie jest w stanie zorganizować synowi odpowiednich warunków do życia i poprzez swoje liczne zakazy gubi się swoim rodzicielstwie. W rolę kobiety wciela się znakomita Agnieszka Podsiadlik. Pochodząca z Sosnowca aktorka gra tu pierwsze skrzypce. Nie tylko ona zresztą zachwyca aktorsko, główny bohater czyli debiutujący na ekranie młody Stanisław Cywka wypada równie przekonująco. Przełom w historii tej dwójki przychodzi gdy nagle w życiu ich pojawia się ojciec chłopaka. Relacja między trójką postaci jest niezwykle zawiła i pełna żalów i pretensji. Do czego taka wzajemna walka może doprowadzić?

z20721876VKrolewiczOlchkadrzfilmuStanislawCywka

 Oglądając początkowe 20 minut miałem sporo obaw, bo film w swojej formule pasowałby idealnie do festiwalu filmów niezależnych Sundance. Nie wiedziałem do czego dąży Czekaj? Czy chcę się skupić na złych emocjach jakie towarzyszą relacji matka-syn? Czy może mam oczekiwać na jakąś bombę, która wbije odbiorce w fotel? Dalsza część filmu daje wiele odpowiedzi, ale niedopowiedzeń nie brakuje. Końcówka zdecydowanie rekompensuje wcześniejszy niedosyt, choć podejrzewam, ze dla przeciętnego Kowalskiego będzie to ciężki orzech do zgryzienia ze względu na brak oczywistości fabularnych i duże nowatorstwo w przekazie. Mnie osobiście film nie porwał, miał swoje momenty. Muzyka, aktorstwo i pomysł godne pochwał, ale jak dla mnie Czekaj w niektórych momentach artystycznie przeszarżował i przecenił zdolności analityczne odbiorcy, ale nie będę go za to piętnował bo wykonał kawał solidnej roboty.

TheErlprince03

Ocena:4,5/6

Kedi: sekretne życie kotów

tyl33

 Filmy dokumentalne w multipleksach to duża nisza, oprócz pojedynczych przypadków trudno dostrzec wysyp tego typu projektów w komercyjnych kinach, no ale z drugiej strony jak ktoś jest wielbicielem to zapraszam do kin studyjnych. Przyznam, że idąc na "Kedi: sekretne życie kotów" miałem dość duże oczekiwania, zwłaszcza z powodu wskazanego powyżej, bo skoro raz na ruski rok dokument pojawia się w kinie to musi być to coś wyjątkowego. Jestem przekonany, że kociarze będą zachwyceni, bo oprócz ich ulubieńców na ekranie ujrzą podobnych do siebie ludzi. Oczywiście moje słowa nie są w żadnym stopniu drwiące, gdyż nigdy nie śmiałbym szufladkować ludzi. Film jest pewnego rodzaju poradnikiem i  laurką skierowaną w stronę futrzaków. Znakomite ujęcia kamery, moje ulubione to te żabie, z perspektywy zwierzęcia, naprawdę prawdziwy realizacyjny majsterksztyk. Na ekranie obserwujemy ponadto historie z życia wzięte ludzi, którzy kochają koty z różnych powodów.

 Akcja dokumentu dzieje się w Stambule. Być może ten aspekt nie jest aż tak istotny, gdyż koty funkcjonują w większości miast i wsi na świecie, ale klimat jaki panuje w stolicy Turcji został tu znakomicie oddany. Mimo tych wielu pozytywnych słów powyżej uważam, że w głównej mierze jest to film skierowany do kociarzy, bo ja nim nie jestem i wrażenie na mnie zrobiły wyłącznie aspekty realizacyjne, ciekawe ujęcia kamery czy muzyka, która znakomicie oddawała klimat miejsca,w którym jesteśmy. Lekko dotknięty został również temat praw kobiet w mieście i ograniczeń jakie są im przypisane. Na całe szczęście to była jednak jedynie wzmianka, bo nadmierna propaganda nigdy nie jest dobra. Tak naprawdę dokument składa się z wielu pojedynczych smaczków i można z niego wyciągnąć naprawdę wiele ciekawych wątków, bo większość wypowiedzi właścicieli kotów jest niezwykle barwnych i dosadnych, mogących wzbudzić współczucie wśród odbiorcy. Pytanie, które mi się nasuwa po obejrzeniu: czy jest to film o kotach czy bardziej o nas samych i o radzeniu sobie z samotnością? Jedno co jest pewne to, to że po obejrzeniu tureckiego projektu będę zupełnie patrzył na koty niż przed seansem.

Ocena: 5,5/6

Atomic Blonde

tyl33

 

 Kino szpiegowskie zazwyczaj charakteryzował fakt, że głównym bohaterem był mężczyzna. Prezentował on określony typ osobowości. Z jednej strony szarmancki jak James Bond z drugiej prezentujący nadludzkie zdolności bojowe niczym Jason Bourne. Dziś na ekranach całkowicie niespodziewanie pojawia się kobieta w tej roli i trzeba przyznać, że daje radę. Postać, w którą wciela się znakomita Charlize Theron jest wyrazista, mocna psychicznie, bezlitosna, profesjonalna aż do szpiku kości i co najistotniejsze, niezwykle chytra i skuteczna. Tak naprawdę cała akcja filmu skupia się wokół kobiety, która jest agentką MI6 i dostaje do wykonania misje zdobycia listy, która gdyby trafiła w niepowołane ręce mogłaby zniszczyć wiele osób w agencji. Większość akcji filmu odbywa się w 1989 roku w Berlinie. Klimat zimnowojenny jest mocno zauważalny i bez wątpienia należy go uznać za jedną z największych zalet produkcji.

 Oprócz wątków stricte szpiegowskich znajdziemy tu dużo pościgów i strzelanin, trochę w stylu "Johna Wicka" z Keanu Reevesem. Sama kobieta przeciw dziesiątkom pragnącym jej śmierci mężczyzną. Od samego początku trudno nie polubić kobiety, choć na pewno jej osoba może budzić w odbiorcy niepokój i niepewność, bo jest mocno nieprzewidywalna. Trzeba przyznać, że Charlize Theron wreszcie zagrała bardzo dobrze, przypominając sobie ją choćby z sequela "Szybkich i wściekłych" trudno było piać z zachwytu. Choć może to wynikało z faktu, ze nie była tam postacią pierwszoplanową? Tu natomiast ona od początku do końca ciągnęła film. Być może kilka sekwencji było mocno przesadzonych i niepotrzebnych ale to nie zmienia faktu, że głównie ze względu na mroczny klimat filmu ogląda się go niczym byłoby się w stanie hipnozy.  Podkreśliłbym jeszcze udział w projekcie Jamesa McAvoy'a, które wcielając się w rolę szpiega wypadł równie powalająco jak w niedawnym "Splicie". Polecam oba filmy.

Ocena: 5/6

Mała Wielka Stopa

tyl33

 W ostatnim czasie cały mój blog kręci się wokół francuskiego kina. Wystarczy jak spojrzycie poniżej, w większości przypadków były to komedie, dziś natomiast będzie animacja. Trudno jednak porównać ją pod względem poczucia humoru choćby do "Alibi.com", w którym to aż roiło się od zabawnych sekwencji. Tu natomiast jest historia banalna, która toczy się bez większych zaskoczeń. "Mała Wielka Stopa" opowiada o chłopaku, który dowiaduje się, że  Jego ojcem jest legendarna Wielka Stopa. W tym momencie na ekranie pojawia się czarny charakter, czyli korporacja pragnąca wykorzystać zdolności wrodzone jakie posiada ojciec chłopaka do własnych niecnych celów. Tak jak wspominałem powyżej, żarty raczej nie powalają jakością, momentami raczej irytują, choć na pewno jest to lekka i przyjemna opowiastka dla najmłodszego odbiorcy, który zapewne będzie i tak zachwycony.

 Okres letni generuje w kinach wysyp komercyjnych i kasowych projektów ale też multum animacji, które jakościowo często nie spełniają oczekiwań. Uważam, że niestety "Małą Wielką Stopę" należy zaliczyć do tego grona, bo co najgorsze, nie ma tu na końcu, żadnego większego morału dla dzieci. Zauważyłem, że w ostatnim czasie nie tylko francuska kinematografia próbuje swoich sił w animacjach, to samo można powiedzieć o Rosjanach czy Niemcach. Niestety żadne z tych krajów nie było w stanie zdystansować propozycji studia Pixar czy Walta Disneya, ale z drugiej strony do odważnych świat należy. Tak nawiasem mówiąc już dawno nie widziałem żadnej powalającej animacji, czyżby cisza przed hitem? Mam nadzieję, bo już powoli czuje przesyt francuskiego kina, co za dużo to niezdrowo. A co z polskim kinem? Czyżby było ponownie w odwrocie? Tak czy inaczej, raczej nie wybierajcie się na "Małą Wielką Stopę" ponieważ to bajka wobec, której przejdziecie obojętnie.

Ocena: 2,5 /6

Paryż może poczekać

tyl33

 Francja odkąd pamiętam zawsze kojarzyła mi się z Paryżem, pięknymi widokami, urzekającym francuskim językiem i co najistotniejsze z romantyzmem nie do opisania słowami. Czasy się jednak mocno zmieniły, dziś kraj ten nie jest już uważany za miejsce bezpieczne, z wiadomych względów. Eleanor Coppola postanowiła mimo tego trudnego czasu zrobić pocztówkę Francji w postaci filmu "Paryż może poczekać". Wykwintne restauracje, świeże owoce,drogie wina, sery i tysiące innych znakomitości zostało tu zareklamowane.

 Film opowiada o losach amerykanki, która udaje się w podróż ze znajomym męża Francuzem, który ma za zadanie przetransportować ją samochodem do Paryża, tyle tylko, że on nie zamierza się śpieszyć, więc robi wszystko by podróż trwała jak najdłużej, zahaczając po drodze o kilka restauracji i galerii sztuki. W trakcie tej podróży poznajemy oboje bohaterów i ich traumy. Raczej nie ma tu szybkiej akcji, licznych zwrotów, wszystko toczy się  jednostajnie i tym samym usypiająco, no chyba, że kogoś interesują widoki otaczające bohaterów filmu?

 

 Niestety od samego początku wiadomo mniej więcej było jak się akcja dalej potoczy co tylko budziło moje duże rozczarowanie, bo bardzo przyjemnie oglądało się na ekranie rewelacyjną Diane Lane. Od samego początku była ona najjaśniejszym punktem produkcji i niestety tak pozostało też do końca. Gdybym miał jeszcze poszukać plusów, to bardzo podobał mi się zabieg twórców, w którym to nie  było tłumaczenia gdy postacie mówiły po francusku. Odbiorca tym samym czuł się tak samo "zielony" jak amerykanka, która podróżowała z francuskim amantem. Mogliśmy się opierać jedynie na tłumaczeniach mężczyzny. Podobało mi się również zakończenie, które było pozbawione banalności i przewidywalności, każdy mógł sobie dopowiedzieć, co mogło być dalej. Całościowo film może i się jest w stanie obronić, ale daleki jestem od polecenia Wam go, bo nie zdziwię się jak w połowę uśniecie.

Ocena: 3,5/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci