Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Ostra noc

tyl33

 Przykro i smutno mi się zrobiło, gdy dziś zobaczyłem najnowszy film ze Scarlett Johansson. Pamiętam ją z wielkich projektów z Woody'm Allenem ("Wszystko gra", "Vicky Cristina Barcelona") to był początek jej kariery filmowej i wydawało się, że ma potencjał na granie w wielkich filmach i w tę stronę podąży. Te filmy spowodowały, że stała znaną i rozpoznawalną aktorką. Przed Allenem owszem grała w kilkunastu filmach lecz one nie pchnęły jej kariery w górę. Niestety upada coraz niżej, a film "Ostra noc" jedynie to potwierdza. Wystarczy spojrzeć na poziom żartów jaki tu dostajemy, o ile w "Baywatch: Słoneczny patrol" bywały niesmaczne ale jednak było ich w mniejszości i film autentycznie bawił. W tym przypadku non stop żarty o przyrodzeniu męskim, ćpaniu, chlaniu. Choć z drugiej strony nic dziwnego bo główne bohaterki to kompletne idiotki, no może z wyjątkiem postaci Scarlett Johansson, która chyba tylko udaje taką głupią by dopasować się do koleżanek.

 Na pewno plusem filmu jest fabuła, gdyż impreza z udziałem pięciu kobiet, na której dochodzi do przypadkowej śmierci na pewno może wciągać. Ten wątek na całe szczęście został poprowadzony starannie i choćby z ciekawości jaka będzie puenta warto było pozostać na sali. Nie zmienia jednak faktu to, że film jest na poziomie strasznie niskim intelektualnie. Byłem świadom pustości niektórych żartów w "Baywatch: Słoneczny patrol" ale jednak bawiły mnie drwiny Dwaighta Johnsona z Zaca Efrona. Całkowicie niespodziewanie w "Ostrej nocy" pojawia się również wątek dramatyczny w samej końcówce co na pewno trzeba umieścić po stronie plusów. Szkoda, że tak krótko i słabo wykorzystany. Nie mam wątpliwości, że grupą docelową tej produkcji są raczej kobiety, wystarczyło spojrzeć na ilość ich na sali kinowej. Oglądając takie filmy odnoszę wrażenie, ze reżyser serwując odbiorcy coś tak pustego ma go po prostu za idiotę. A może świat i ludzie są tacy jak w tym filmie?

Ocena: 3/6

Królowa Hiszpanii

tyl33

 Już dawno nie widziałem w żadnym filmie Penelope Cruz i trochę szkoda bo w rolach temperamentnych silnych kobiet wypada rewelacyjnie. Dowodem na to jest choćby kreacja w "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena, choć inna sprawa, że u niego wszyscy aktorzy wypadają fenomenalnie. Tym razem oglądając film z jej udziałem przecierałem oczy ze zdumienia, bo o ile nie zaskoczyła mnie rozczarowująca kreacja Toma Criuse'a w "Mumii" to o tyle osoba Penelope Cruz w tak beznadziejnym projekcie jak "Królowa Hiszpanii" mnie zaszokowała. Tak naprawdę trudno jest jednoznacznie opisać fabułę filmu bo jak dla mnie nie ma tu głównego bohatera, powiedziałbym wręcz, ze twórcy robią na niego konkurs. Wrzucając wiele postaci i pozwalając im na wiele. Paradoksalnie najmniejsze szanse dając Penelope Cruz, bo jej tu jest za mało. Nie bardzo miał kto ten projekt pociągnąć i nadać mu smaku. Nie wiem też czy celem twórców było rozbawienie odbiorcy czy może doprowadzenie do głębszych refleksji? A może sami nie wiedzieli czego chcą?

 Większość postaci budziła we mnie irytacje i sam nie wiem z czego to wynikało? Z jednej strony obserwujemy losy zapomnianego filmowca, który ucieka przed władzą Generała Franco, z drugiej zaś jesteśmy na planie filmu, w którym największą gwiazdą jest postać grana przez Penelope Cruz. Myślałem, że produkcja skupi się na niej i to ona zrobi coś z niczego. Niestety Cruz jak już wspominałem nie została wystarczająco wykorzystana. Zamiast jej obserwujemy bezsensowne dialogi między zmanierowanymi ludźmi ze środowiska filmowego. Nie bardzo rozumiem jaki był tego cel? Chciano obśmiać je czy może skrytykować za egoizm i narcyzm? Przyznam, że o ile zawsze staram się szukać jakichś pozytywów w produkcjach, które obejrzę to o tyle w tym przypadku twórcy nie ułatwili mi zadania. Zazdroszczę dwójce młodych dziewczyn, które po pół godzinie wyszły z kina, chyba wiedziały co się święci.

Ocena: 2/6

House of Cards: sezon 5

tyl33

 

 Gdy tylko zobaczyłem, że dostępny w internecie jest najnowszy sezon "House of Cards" nie mogłem się oprzeć by go jak najszybciej w całości połknąć. Tak jak to robi Francis Underwood ze swoimi przeciwnikami politycznymi. W nowym sezonie coraz bardziej wzrasta  pozycja jego żony, która staje się wręcz lustrzanym odbiciem swojego męża, by nie powiedzieć, że go przerasta w wyrachowaniu i braku skrupułów. Oczywiście z racji niedawnych głośnych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych powstaje wiele analogii związanych z serialem a rzeczywistości. Przyznam, ze osobiście nie wgłębiałem się w to aż tak mocno, gdyż miało to dla mnie znaczenie drugorzędne.

 Fenomen tego serialu polega na tym, że mimo, iż widz jest świadomy okropnych, nieludzkich metod głównego bohatera to trudno mu nie kibicować w dążeniu do władzy absolutnej. Znakomity w roli Francisa Underwooda jest Kevin Spacey, który chyba nigdy w żadnym filmie ani serialu nie zawiódł. To samo zresztą tyczy się jego partnerki serialowej czy Robin Wright. Tym razem jesteśmy w momencie, gdy Prezydentowi  kończy się kadencja i staje do walki o reelekcje. Rywalem jest na pozór mocny  Will Conway (Joel Kinnaman), który w sondażach minimalnie wyprzedza Underwooda. Czy możliwe więc jest zdetronizowanie młodego przeciwnika mając jeszcze wokół siebie setki sępów, które chcą Cię zniszczyć? I czy realne jest osiągnięcie tego celu nie brudząc sobie przy tym rąk? Frank Underwood akurat zawsze był w tym mistrzem, stąd też jego obecność w Białym Domu.

 

 Można powiedzieć, że w piątym sezonie "House of Cards" wszyscy chcą zniszczyć prezydenta Underwooda, nawet ludzie z jego otoczenia. Grzeszki przeszłości wyjdą na jaw, co jedynie skomplikuje sytuacje w Białym Domu. Do tego relacja między małżonkami od kilku sezonów jest mocno specyficzna. Kobieta w jednym pokoju ze swoim partnerem, w osobnym sam Francis Underwood, to sytuacja wręcz patologiczna. Stosunki między trojką mieszkańców Białego Domu ulegną pogorszeniu i doprowadzą do szokującego zakończenia. Starałem się jak najmniej wchodzić w fabułę, by nie psuć wam przyjemności oglądania. Uważam, ze w dalszym ciągu jest to znakomity thriller polityczny, który ogląda się z wypiekami na twarzy. Polecam.

Ocena: 5,5/6

Ponad wszystko

tyl33

 

 Zapewne wielu z Was pamięta melodramat "Zanim się pojawiłeś"? Mnie on osobiście nie zachwycił, ale wiele kobiet piało z zachwytu ze względu na zakończenie. Film, o którym dziś powiem z racji tematyki zapowiadał się podobnie. Wątek śmiertelnej choroby połączony z miłością nie mającą przyszłości. Tym razem wszystko kręci się wokół młodej chorej dziewczyny, która zostaje odizolowana od świata przez matkę z racji problemów z odpornością. Każde opuszczenie domu wiązało się z zagrożeniem życia. Wszystko się zmienia i komplikuje dla dziewczyny, gdy zakochuje się w chłopaku od pierwszego wejrzenia widząc go z perspektywy okna w domu. Te okoliczności mocno komplikowały rozwinięcie się możliwego związku. To co jest największym plusem filmu to jego nieprzewidywalność, miałem wiele momentów gdy nie wiedziałem, w którą stronę pójdzie historia. Nie wyobrażałem sobie happy endu. A jak było naprawdę?

 Oczywiście nie spodziewajcie się jakiejś większej głębi, bo twórcy stawiają na prostotę, na której film zresztą nie traci. Młodzi aktorzy wcielający się w postacie zakochanych również dają radę. Na całe szczęście film nie jest kopią "Zanim się pojawiłeś", moim zdaniem jest zdecydowanie ciekawszy i lepiej zrealizowany. Choć nie da się ukryć, że nie ma w obsadzie znakomitej Emilii Clarke, która ciągnęła tamten film od początku do końca. Bez wątpienia grupą docelową w tym przypadku są kobiety, bo to jednak typowa pozycja do płaczu, choć całkowicie niespodziewanie z czasem zmienia się nieco konwencja co w jakimś stopniu podwyższyło moją wysoką ocenę tej produkcji. Warto podkreślić, że film oparty jest na powieści Nicoli Yoon. Znakomicie skonstruowane postacie, niebudzące żadnych negatywnych odczuć, od samego początku kibicowałem dwójce zakochanych by jednak jakimś cudem byli razem już tak naprawdę. Odsyłam do kin jeżeli chcecie wiedzieć czy im się to udało.

Ocena: 5/6

Mumia

tyl33

 

 Tom Cruise w ostatnich latach kojarzy się głównie z sequelami (Mission Impossible) oraz kasowymi projektami, w których to on jest najważniejszą postacią. Dziś powraca i przyznam, że jestem mocno zaskoczony faktem jego udziału w projekcie "Mumia". Głównie dlatego, że mimo dużej antypatii do niego jako człowieka to zawsze ceniłem warsztat aktorski Cruise'a  no a śmiało można powiedzieć, ze jest to jeden z najgorszych filmów  w całej jego karierze. Co gorsza jednak nie tylko on popełnił zbrodnię udziału w tym projekcie, jest tu również świetny aktor jakim jest Russell Crowe. Fabuła jest tak idiotyczna i pusta, że aż szkoda mi dziś słów by się w nią wgłębiać. Możecie się jedynie domyślić, że Tom Cruise gra tu pierwsze skrzypce i to on jak zawsze okazuje się bohaterem.

 Zastanawiam się co skłoniło aktora do udziału w tej produkcji? Podejrzewam, że gaża jaką otrzymał za udział w nim nie była mała. Film jest prequelem głośnej produkcji z 1999 roku. Zastanawiam się czy może film nie miał być pastiszem? Rozważam taką ewentualność, gdyż trudno jednoznacznie jest zaszufladkować tę produkcję do jakiegokolwiek gatunku filmowego. Mieszanka horroru, thriller, science fiction. Tylko czy to miało prawo się udać?  Z drugiej strony jednak, czego się spodziewać po twórcy takich filmów jak "Niesamowity Spiderman 2" czy "Transformers"? A co najzabawniejsze Tom Cruise w dalszym ciągu lubi się odmładzać. Mimo swoich 55 lat na karku, ciągle w filmach wygląda jakby był 20 lat młodszy o ile nie 30. Dochodzi jeszcze kwestia scjentologicznego fanatyzmu aktora. Nie wiem na ile ma to wpływ na dobór ról Cruise'a ale gdyby miało to poznalibyśmy główną przyczynę upadku aktora. Mam nadzieję, że będziecie unikali tego filmu, bo to naprawdę strata. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść.

Ocena: 2/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci