Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Jak dogryźć mafii?

tyl33

 W ostatnim wpisie, dotyczącym "Transformers:Ostatni rycerz" dotknąłem tematu upadku wielkich hollywoodzkich gwiazd filmowych. Dziś na ekranach pojawia się kolejne odkurzone duże nazwisko, które nie potrafi dostosować się do dzisiejszych realiów i zmian trendów. Bruce Willis jest aktorem wybitnym, wystarczy przytoczyć tu takie tytuły jak: "Pulp Fiction", "Szklana Pułapka" czy "Szósty zmysł". Mógłbym tymi tytułami zapełnić cały dzisiejszy wpis, tyle tylko, że aktor ma już 62 lata i nie jest już tym symbolem męskości jak jeszcze był ponad dwadzieścia lat temu. Niestety nie należy już do światowego aktorskiego topu i przez to gra w produkcjach (najłagodniej mówiąc) nie najwyższych lotów.

 Projekt, o którym dziś powiem, być może nie jest kompletną klapą i obciachem ale raczej chwały Willisowi nie przyniesie. Można wręcz powiedzieć, że jest dowodem na fakt, zmian priorytetów artystycznych. Zmianę tę zapoczątkował chyba sequel "Szklanej pułapki". A może oceniam go zbyt surowo i bierze udział w tych projektach, które mu proponują i nie może sobie pozwolić na odmowę? "Jak dogryźć mafii" opowiada o losach prywatnego detektywa od siedmiu boleści, któremu cwaniactwa i bystrości odmówić nie można, ale o rozsądek trudno posądzić. Tak naprawdę w filmie przeplata się kilka wątków, tym kluczowym wydaje się związany z poszukiwaniem psa głównego bohatera, który by go odnaleźć zostaje zmuszony do zawarcia układu z mafią. Wątek wydaje się mocno absurdalny, ale cały film toczy się w podobnym tonie. Willis nie gra tu jakoś nadzwyczaj wybitnie, ale ciągle ma coś w sobie, co powoduje, że z przyjemnością ogląda się go ekranie. Momenty zabawne się tu zdarzają, co powoduje, że nie był to stracony dla mnie czas, ale trochę przykro się robi,że legenda Hollywood gra w tak przeciętnym filmie. Bruce Willis mimo tego i tak pozostaje jednym z moich ulubionych aktorów w historii kina.

Ocena: 3,5/6

Transformers: Ostatni rycerz

tyl33

 Nigdy nie sądziłem, że będę zmuszony mocno skrytykować Anthony'ego Hopkinsa i Stevena Spielberga. Ten pierwszy został zaszufladkowany jako Hannibal Lecter i przyznam, że za każdym razem  widzę tę postać w jego oczach. Nie zmienia to jednak faktu, ze w każdym projekcie, w którym wziął udział prezentował wysoki aktorski poziom. Tym bardziej zaskakuje mnie obecność aktora w sequelu "Transformers: Ostatni rycerz". Nie będę oceniał go w kontekście tego filmu, bo nie bardzo miał tam co zagrać. Film się składa z miliona efektów specjalnych i mocno głupawych dialogów. Udział w tak tandetnym projekcie Marka Wahlberga mnie nie zaskakuje w żadnym stopniu, gdyż od czasu "Infiltracji" Martina Scorsese nie zagrał w niczym wartym przytoczenia. Film trwa dwie i pół godziny i po jego obejrzeniu jestem z siebie dumny, ponieważ nie zasnąłem mimo zamykających się oczu, no i nie wyszedłem z sali za kilkoma osobami, które uczyniły to stosunkowo szybko wiedząc, ze chleba z tej mąki nie będzie.

 Jak wiecie, chodzę do kina często nawet trzy czy cztery razy w tygodniu i w ciągu tych ponad trzech lat bloga, nigdy nie zdarzyło się, by nie było na sali kinowej ze mną osoby, która na seansie nie ziewałaby. To nie jest żadna przesada, na sali było ok. 20 osób. Gdy pojawiły się napisy końcowe to ogarnęła mnie ulga i jednocześnie zaskoczenie, bo zobaczyłem na nich nazwisko Spielberg i oniemiałem. Co tak ceniony reżyser robi w tak badziewnym projekcie? Niestety ostatnimi czasy dużo znanych artystów w doborze scenariuszy idzie na łatwiznę i po łatwy zarobek. Oprócz powyższych nazwisk, należy tu przytoczyć osoby Roberta De Niro czy Samuela L. Jacksona. Na koniec podejmę się próby streszczenia fabuły filmy. Jeżeli oglądaliście poprzednie części to wiecie, ze akcja kręci się wokół trudnych relacji między gadającymi robotami a ludźmi i nie inaczej jest w tej części. Może mało, ale nie chcę was tu zanudzać. Zapewne wielu stwierdzi, że się nie znam i pójdzie na film, ale robicie to na własną odpowiedzialność. Ja odradzam. Nie dam najniższej oceny tylko i wyłącznie ze względu na szacunek do Anthony'ego Hopkinsa.

Ocena: 1,5/6

Tożsamość zdrajcy

tyl33

 

 Przyznam, że tęskniłem za dobrymi thrillerami szpiegowskimi. Tym bardziej więc ucieszyłem się widząc pewnego razu w kinie zwiastun do filmu "Tożsamość zdrajcy". Doborowa obsada: Noomi Rapace, Michael Douglas, John Malkovich, Toni Collettte czy Orlando Bloom. Co prawda ten ostatni za nic nie pasował mi do tej konwencji to z dużymi oczekiwaniami wybierałem się do kina. Rozczarowania nie było, bo film trzyma w napięciu i nie ma żadnych momentów przestoju, bardzo dobra rozrywka, do tego znakomita mroczna ale szlachetna Noomi Rapace. W niektórych aspektach przypominająca postać z trylogii "Millenium". 

 Londyn staje się celem ataku biologicznego. Jedynym antidotum na katastrofę staje się agentka CIA Alice Racine, która pozostawała do tego momentu w stanie spoczynku. Być może w tym momencie pojawia się pewien minus w projekcie, ponieważ od samego początku widać jak na dłoni, ze cała produkcja skupi się na jej walce ze złem. To jednak jest mocno oklepany schemat, którego doświadczaliśmy w kinie wielokrotnie. Na całe pozostawała jeszcze zagadka: kto zdradził, kto jest mózgiem całej intryga i co popycha go do tak niecnych planów? Przyznam, że rozwiązanie nie zaskoczyło mnie za bardzo. Co nie oznacza, ze należy to umieścić po stronie minusów, ponieważ motywacje czarnego charakteru są niezwykle interesujące i jak to zazwyczaj bywa naznaczone szaleństwem. Co do obsady to może z wyjątkiem Johna Malkovicha nikt nie zawiódł. Odnoszę wrażenie, ze aktor nie dał z siebie wszystkiego, co innego można powiedzieć o dawno nie widzianym Michaelu Douglasie, który być może jest postacią raczej drugoplanową to jednak zapadł swoją kreacją mocno w pamięć. Na całe szczęście reżyser Michael Upton, nie wchodził za mocno w sprawy polityczne i nie poszedł na łatwiznę uznając, że zbrodniarzami i pomysłodawcami muszą być islamiści lub  personalnie przedstawiciele ISIS. Jest to bardzo przyzwoity thriller szpiegowski, który z czystym sumieniem mogę każdemu polecić.

Ocena: 4,5/6

Facet do wymiany

tyl33

 Przeglądając różnorakie portale plotkarskie (Pudelek) wielokrotnie można wyśledzić w nich drwiny ze zdjęć celebrytów, którzy będąc po botoksach wyglądają karykaturalnie. W słodko gorzki sposób do tego podeszli twórcy francuskiej komedii "Facet do wymiany" bo z jednej strony postawa głównego bohatera może budzić śmiech, ale z drugiej też strony jest dowodem wielu kompleksów i pustki jaka mu towarzyszyła przez większość  życia artystycznego. Aktor, który wpada w kryzys wieku średniego i na wszelkie sposoby próbuje się odmłodzić. Niestety jak wiadomo tego typu działania rzadko kiedy dobrze się kończą, ale na cale szczęście twórcy nie poszli w przewidywalne banały, tylko mocno fabularnie zamieszali, dzięki czemu oglądało się to niezwykle przyjemnie i co najważniejsze była to komedia, który autentycznie bawiła, nawet gdy przekraczana była granica dobrego smaku to było to robione z klasą i ani przez moment nie czułem się zażenowany. Do tego dochodzą znakomite kreacje Guillaume Caneta i Marion Cotillard, którzy grają tu pod swoimi prawdziwymi nazwiskami, choć wiadomo, że jednak nie jest to film dokumentalny. Momentami jednak można odnieść wrażenie, że tak jest.

 Nie wiem na ile jest ten film odzwierciedleniem dzisiejszych ludzi filmu, czy rzeczywiście arogancja, bufoniarstwo i zapatrzenie w siebie jest tak ogromne jak wynika z filmu? Ponieważ wątek kryzysu wieku średniego i odmładzania się przez wiekowych mężczyzn jest wszech obecnie znane, wystarczy spojrzeć na nasze podwórko: Krzysztof Ibisz, Cezary Pazura. Przykłady można mnożyć. W Hollywood przykładem jest choćby Tom Cruise, który nadal jest w stanie grać twardziela przed trzydziestką i sprawdza się w tej roli. Główny bohater "Faceta do wymiany" niestety nie ma jednak takiej buźki jak amerykański aktor stąd też miał potrzeby pracy nad nią. Nie chcę by ktoś zinterpretował ten wpis jako drwina z czterdziesto czy pięćdziesięciolatków, uważam że młodym można być mentalnie nawet w podeszłym wieku, ale z drugiej strony praca nad sobą w każdym wieku jest zjawiskiem pozytywnym, więc może postać z filmu wcale nie jest tak komiczna?

Ocena: 5,5/6

Auta 3

tyl33

 Studio Pixar powraca ze swoim sztandarowym projektem. Sequel hitowej animacji "Auta" zapewne przyniesie do kin rzesze rodziców ze swoimi pociechami. Skoro to trzecia część z serii to można było mieć wiele obaw związanych z przewidywalnością zdarzeń i motywacjami twórców co do powstania jej. Na całe szczęście stanęli oni na wysokości zadania bo animacje ogląda się dobrze i nie dostrzegam w niej większych uchybień. Kluczowym wątkiem jest tu come back głównego bohatera, który najlepsza lata ma już za sobą i nie jest w stanie odnaleźć w sobie dawnej ikry. Nietrudno się domyślić, że rzecz tyczy się wyścigów samochodowych. Pojawił się nowy dominator i Zygzag McQueen musi od nowa udowodnić wszystkim, że jest w stanie wygrywać. A czy to jest realne? A jak sobie poradzić i żyć po karierze sportowej przepełnionej sukcesami? Odcinać kupony od sławy czy może poszukać nowej opcji? To wątek, który może jest tu na drugim planie, ale na pewno jest kluczem do wyjścia z patowej sytuacji w jakiej jest McQueen.

 Bardzo dobry dubbing, rozpoznałem dwóch aktorów: Piotra Adamczyka i Wojciecha Malajkata. Ich barwy głosu najbardziej zapadły mi w ucho i sprawiły, że animacje oglądało się z dodatkową przyjemnością.  W wersji amerykańskiej głosu udzielają m.in. Owen Wilson, Armie Hammer czy Tony Shalhoub (Detektyw Monk) czy sam kierowca Formuły 1 Lewis Hamilton. Mogliśmy tu dostrzec parę podobieństw do wyścigów, w których ściga się brytyjski kierowca, mam tu na myśli błyskawiczną zmianę opon, czy samochód bezpieczeństwa w razie groźnej  kolizji na torze. Wszystko to sprawia, że aż się chcę powiedzieć: niech powstanie czwarta część. Tylko czy jest na to jakakolwiek szansa? Podejrzewam, ze żadna bo studio Pixar jednak stawia na oryginalność i nowe innowacyjne pomysły. Z niecierpliwością czekam na ich kolejny projekt a Wy lećcie do kin. Zachęcam gorąco!

Ocena: 5/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci