Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi

tyl33

 

 Wielu z Was zapewne zdziwi się, ale przyznam, że nie jestem fanem Gwiezdnych Wojen i nie rozumiem fenomenu tego zjawiska kulturowego. Idąc więc na "Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi" nie miałem żadnych oczekiwań, poszedłem trochę jak na ścięcie ale postanowiłem poszukać pozytywów w tym co obejrzę i parę odnalazłem. Po pierwsze osoba Adama Drivera ("Paterson", "Milczenie"), który udowodnił, że nawet w kinie stricte komercyjnym możliwe jest wybitne aktorstwo i że tego typu filmy to nie tylko statki kosmiczne, efekty specjalne i bezsensowna, usypiająca nawalanka. Reszta aktorów na Jego tle przypominała naturszczyków, którzy pracują w cieniu mistrza. W pewnym momencie oglądałem już z zaciekawieniem film czekając na sceny z nim. Wyróżniłbym jeszcze osobę Andy Serkisa ( znany z roli Golluma z "Władcy Pierścieni"), który w roli mrocznego Snoke'a wcielił się równie wybitnie jak w trylogii zrealizowanej przez Petera Jacksona. Wkład reszty obsady przemilczę, nawet wcielającego się w postać Luke'a Skywalkera Marka Hamilla.

 Jeżeli chodzi o fabułę, to pochwały należą się za końcowe 40 minut, które jest prawdziwą mieszanką wybuchową, pełną emocji. Niestety w połowie filmu zaczyna się on dłużyć, za sprawą przegadanej fabuły i jak dla mnie wielu zupełnie zbędnych sekwencji i gdyby nie osoba Adama Drivera to podejrzewam, żebym usnął. Muszę jednak przyznać, że w porównaniu do poprzedniej części czyli "Przebudzenia mocy" dokonał się wielki postęp, bo o ile tamta część jak dla mnie była mocno naciągana i sztuczna, to "Ostatni Jedi" długimi momentami przypomina kina rozrywkowe na bardzo wysokim poziomie. Jestem dziwnie spokojny, że i bez  mojej recenzji film odniesie ogromny sukces kasowy i tym razem zasłużony, bo abstrahując od mojego gustu trudno nie docenić dobrej roboty jaką wykonał reżyser Rian Johnson, mający w swoim dorobku współtworzenie serialowego hitu jakim był "Breaking Bad". Jednak całą historię jaka odbywa się w filmie przyćmiewa osoba Adama Drivera i choćby dla niego ludzie nie będący fanami cyklu powinni obejrzeć, bo nie sztuką jest zagrać wybitnie tam gdzie reżysera pozwala Ci na więcej ekspresji a tam gdzie ona z musu jest ograniczona. Niech Moc Będzie z Wami!!

 

Ocena:4,5/6

Wojna płci

tyl33

 

 Tenis ziemny od niepamiętnych czasów postrzegany jest jako sportów dla bogaczy i snobów, bo na korcie wymaga się od sportowca zachowania kindersztuby i zachowań fair play. Obowiązkowo biały strój i głucha cisza w trakcie wymian. Innym tematem jest podział na mężczyzn i kobiety w tenisie jeżeli chodzi o zarobki. Przez długi czas zarobki te różniły się diametralnie. Każda ze stron ma swoje argumenty, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Zawsze tenis męski będzie chętniej oglądany, gdyż jest bardziej widowiskowy i wyrównany niż kobiecy. Film, o którym dziś powiem dotyka właśnie tego tematu, a twarzą zmian w światowym tenisie jest słynna Billie Jean King, która zwyciężyła dwunastokrotnie w Turniejach Wielkoszlemowych. Oprócz tego zasłynęła jednak tym, że walczyła o prawa kobiet w sporcie. O tym właśnie w głównej mierze opowiada "Wojna płci". Podobnie jak w przypadku niedawnego filmu o dwóch wielkich tenisach czyli Bjornie Borgu i Johnie McEnroe pojedynek głównych bohaterów reklamowany jest jako pojedynek dobra ze złem. Po dobrej stronie mocy jest główna bohaterka, zaś po czarnej stronie jest szowinista, seksista ale też zwycięzca Wimbledonu (1939) Bobby Riggs. Jak widać kariera sportowców, pod względem sukcesów jest nieporównywalna, ale mimo tego doszło do spotkania na korcie i głośnego pojedynku płci. Myślę, że gdyby dziś postawić tenisistę i tenisistkę to szanse tej drugiej byłyby niemal żadne, ale z drugiej strony wyzwanie dla kobiety byłoby to ogromne.

 Billie Jean King kryształową postacią nie była i twórcy też nie wybielili jej, pokazując grzeszki z życia prywatnego, bo warto wspomnieć również o drugim wątku filmu czyli o inności seksualnej. Tenisistka miała upodobania do kobiet, co rzecz jasna początkowo ukrywała, ze względu na ostracyzm, który by ją po tym wyznaniu dotknął. Środowisko tenisowe podejrzewało King o takie skłonności ale nikt nie odważył się podnieść sprawy. Film przez wielu może być jednak postrzegany jako promujący tolerancje i poglądy feministek, bo sama tenisistka nazwała się nią i mimo sprzeciwu społecznego podjęła walkę z mężczyznami. W rolę King wciela się znakomita Emma Stone i trzeba przyznać, że zagrała niezwykle wiarygodnie, choć moim zdaniem była ona zbyt ładna, bo jednak tenisistka do MISS światowego tenisa się nie zaliczała. Zapewne Stone zyska wiele pochwał po filmie ale moim zdaniem Steve Carell kreacją Bobby'ego Riggsa ją przebił i jako typowa męska szowinistyczna świnia spisał się znakomicie. Za reżyserie odpowiada małżeństwo Jonathan Dayton i Valerie Faris, które do tej pory zasłynęło głownie za sprawą "Małej Miss" (2006) i "Ruby Sparks" (2012). Myślę, że twórcy nie mają się czego wstydzić, ale na ich miejscu nie liczyłbym na Oscara w kategorii Najlepszy Film.

Ocena: 4/6

24 godziny po śmierci

tyl33

 Kino akcji w dużej mierze cechuje duża przewidywalność zdarzeń i powielanie schematów oraz konwencji, które istnieją w kinie od zawsze. Taki tez jest film, o którym dziś powiem czyli "24 godziny po śmierci". Główny bohater jest twardzielem po przejściach, którego życie kroczy ku upadkowi. Nagle zostaje mu złożona propozycja od grupy przestępczej, dla której kiedyś pracował. Mężczyzna nie mając nic do stracenia podejmuje się zadania, które na pozór wydaje się proste, ale rzecz jasne nastąpią komplikacje wskutek, w których ucierpieć mogą niewinni, jak i on sam. Twórcy nie wybielają głównego bohatera, może i owszem należy mu współczuć straty rodziny, ale sam na taką karę zapracował pracą zabójcy na zlecenie. Choć odnośnie tej "profesji" słowo "praca" może nie jest najodpowiedniejsze.W rolę mężczyzny wciela się Ethan Hawke i moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę bo sprawdził się bardzo dobrze, choć może bez takich fajerwerków jak to miało miejsce przy okazji niedawnego filmu "Maudie", gdzie do spółki z Sally Hawkins skradli moje serce. W przypadku "24 godzi do śmierci nie bardzo miał kogo do pary by zaczarować odbiorcę po raz kolejny.

 Po stronie słabych stron należy umieścić fabułę i jej sens, bo jest ona mocno absurdalna i jak dla mnie nie mająca ładu i składu. Nie należy jednak zapominać, że w kinie akcji nie chodzi o logikę, tylko o to by była intryga, twardziel w roli głównej i mnóstwo pościgów i strzelanin. Na pewno pod tym względem będziecie zadowoleni gdy obejrzycie "24 godziny po śmierci", ale prędzej o tym filmie zapomnicie niż będziecie go wspominać po latach. Korzystając ze Święta Kina poleciłbym raczej poniżej opisane filmy.

Ocena: 3/6

Co wiecie o swoich dziadkach?

tyl33

 Mel Gibson swego czasu był aktorem na dużym TOP-ie, wystarczy tu przytoczyć udział w takich hitach jak "Zabójcza broń"(1987). "Braveheart- Waleczne serce" (1995) czy "Czego pragną kobiety" (2000). Dziś jest on przede wszystkim reżyserem, który nakręcił kilka obiecujących produkcji. Jedna z nich nawet niedawno otrzymała nominacje do Oscara. Myślę tu o filmie "Przełęcz ocalonych"(2016) gdzie prawdziwi popis dał Andrew Garfield. O ile w reżyserii się spełnia to tyle w aktorstwie został odsunięty na drugi plan, bo na poważnie nie można brać udziału Jego w takich projektach jak: "Niezniszczalni 3" czy "Dorwać Gringo". Nie mówiąc już sprawach pozaartystycznych. Znakomitym podsumowaniem tych nieudanych wyczynów aktorskich Jego z ostatnich lat jest udział w komedii "Co wiecie o swoich dziadkach"? Co prawda w polskich kinach trudno będzie ocenić jego występ gdyż dostępna jest  wersja jedynie z dubbingiem, co na pewno znacznie pogorszyło oglądanie, bo nie usłyszeć głosu Mela Gibsona, to jak obejrzeć "Pulp Fiction" bez Samuela L Jacksona i Johna Travolty. Choć akurat wątpię by wersja z napisami uratowałaby ten projekt. Oprócz Gibsona na ekranie ujrzymy Marka Wahlberga, który w ostatnim czasie zasłynął z tego że gra we wszystkim. Nawet tym co słabe, a może przede wszystkim w takich produkcjach ("Tata kontra Tata", "Transformers: Wiek zagłady").

 "Co wiecie o swoich dziadkach"?" jest typową świąteczną komedią, po której nie należy się spodziewać cudów, choć ponoć one właśnie w Święta się zdarzają. Akcja skupia się na dwóch rodzinach, które łączą wspólne dzieci i przez to zmuszeni zostają do spędzenia ich razem, a gdy dochodzi do tego przyjazd dziadków to sytuacja mocno się komplikuje. Film obfituje w liczne "zabawne momenty", które mają być największą siłą, ale niestety efekt jest odwrotny. Jest ich za dużo i bywają prymitywne. Plusem jest to, że film się nie dłuży i dla niewymagającego widza będzie do przełknięcia.Myślę jednak, że to nie był wymarzony występ zarówno Gibsona jak i reszty ekipy. Niech lepiej amerykański aktor zajmie się reżyserią bo to akurat wychodzi mu całkiem sprawnie.

Ocena: 2,5/6

Na karuzeli życia

tyl33

 Woody Allen jest postacią wielowymiarową, mimo upływających lat nadal mu się chcę robić kolejne filmy, za co wielu  go krytykuje przypominając sobie wielkie dzieła artysty sprzed lat ("Annie Hall", "Bananowy czubek", "Hannah i jej siostry"). 82 letni dziś reżyser w swojej karierze wielokrotnie zaskakiwał wychodząc z konwencji komediowej wchodząc na nieco bardziej dramatyczne wątki, a nawet wręcz kryminalne jak w przypadku "Wszystko gra" (2005). Jeżeli jesteście fanami komediowego Allena to "Na karuzeli życia" raczej nie spełni Waszych oczekiwań, gdyż film opowiada gorzką i bolesną historie w typowo Allenowskim stylu czyli bez wpadania w nadmierną martyrologie. Do takiej konwencji zaangażował bardzo trafnie Kate Winslet, która w roli niespełnionej byłej aktorki, nieszczęśliwej żony i matki wypada powalająco i od samego początku ciągnie film. Myślę, że aktorzy uwielbiają grać u Allena, ponieważ u niego mają duże pole do popisu. Zawsze  kluczem były dialogi i duża ekspresja.

 Akcja filmu toczy się w latach 50 tych w Coney Island wokół mocno podzielonej rodziny. Konflikt pogłębia się, gdy do miasta przyjeżdża dawno nie widziana córką męża głównej bohaterki, która to ucieka przed byłym chłopakiem. Dodatkowo pojawia się ratownik Mickey (Justin Timberlake), którego udział również znacząco wpłynie na losy rodziny. Allen dotyka kilku ciekawych tematów. Po pierwsze fascynacji młodych mężczyzn starszymi kobietami, czy też kryzysu wieku średniego u kobiet i tego jak skomplikowanymi istotami są kobiety. To jednak nic nowego dla Allena, on zawsze lubił wchodzić w swoich filmach głęboko w relacje damsko męskie.

 

 Dużym zaskoczeniem była dla mnie obecność w obsadzie Justina Timberlake'a, który co prawda idealnie pasuje do postaci granej przed siebie ale czy obok Kate Winslet miał prawo wypaść równie dobrze? Moim zdaniem ktokolwiek wystąpiłby u boku niej w tym filmie nie okazałby się  lepszy. Tak jak w "Blue Jasmine"(2013) czaruje Cate Blanchett, tak Winslet wiedzie prym w "Na karuzeli życia". Myślę, że dla wielu Woody Allen stał się zbyt przewidywalne, dla mnie nadal jednak czaruje i z ciekawością będę oczekiwał na Jego kolejny film.

Ocena: 5/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci