Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Moje wakacje z Rudym

tyl33

 Okres wakacyjny generuje w kinach istny wysyp produkcji dla dzieci i nie mam na myśli tylko animacji komputerowych, bo dziś właśnie opowiem o projekcie, który można skategoryzować jako klasyczny film familijny. Gatunek ten kilka miesięcy temu przechodził renesans, niestety w pewnym momencie jakościowo te projekty nie powalały. Nie inaczej jest w przypadku "Moich wakacji z Rudym". Na pewno wątek przyjaźni między chłopakiem a psem jest wartościowy, bo nie bez kozery mówi się, że jest on najlepszym przyjacielem człowieka. Wszystko zaczyna się w filmie od momentu, gdy główny bohater jest już dorosły i idąc do kina ze swoim synem zauważa na ekranie historie, która być może jest oparta na jego życiowym doświadczeniu, więc w pewnym momencie mówi o tym swojemu dziecku i opowiada mu jak to było naprawdę z przyjaźnią z Rudym.

 Nie spodziewajcie się po tym projekcie cudów, bo oprócz oklepanej, przewidywalnej do bólu łzawej historyjki nie dostaniecie na ekranie nic więcej. Wrzucane są tu wątki, które moim zdaniem nie mają większego znaczenia dla całej historii, choćby ten miłosny, który z jednej strony nie miał prawa zakończyć się happy endem dla chłopca, z drugiej też trochę mógł przyćmić wątek główny. Odnoszę wrażenie, że twórcy chcieli zrobić coś ponad ale nie wyszło im to za bardzo. Brakowało moim zdaniem bardziej szczegółowego przedstawienia wątku rodziców chłopaka, dodałby on nieco kolorytu temu nijakiemu projektowi. Film w polskich kina występuje tylko i wyłącznie w wersji z dubbingiem i przynajmniej dla mnie jest to mocno uwierające i odbierające jakąkolwiek dramaturgie, ale to już temat na zupełnie inny wpis. Podsumowując uważam, że nie warto iść na "Moje wakacje z Rudym" bo nie dostaniecie od tego projektu niczego czego byście już nie znali.

Ocena:3/6

Annabelle: Narodziny zła

tyl33

 David F. Sandberg ponad rok temu zasłynął horrorem "Kiedy gasną światła". Dziś powraca z nową propozycją, która może nie jest do tego stopnia zachwycająca ale na pewno ma swój urok i prezentuje nadal bardzo wysoki poziom. Od samego początku stopniowo budowane jest napięcie i uczucie strachu, choć można mieć zastrzeżenie, że trwa to zbyt długo. Dla mnie jednak to nie było nic zdrożnego ponieważ twórca ewidentnie chciał zbudować tajemnice i przepełnić myśli widza wątpliwościami rzucając powoli kilka wątków. Jednym z nich jest śmierć córki mieszkańców domu, do którego to przenosi się kilka dziewczynek z sierocińca wraz ze swoją opiekunką, która nawiasem mówiąc jest siostrą zakonną. Przyjmujące ich małżeństwo po przeżyciu tragicznej śmierci dziecka po 12 latach od tragedii zmieniło się nie do poznania. Paradoksalnie jednak cała historia nie skupia się wokół tej dwójki tylko dziewczynek z sierocińca, które jak nietrudno się domyślić spotka piekło w ich domu. Przyznam, że przed seansem miałem z jednej strony obawy, z drugiej byłem podekscytowany. Ten niepokój wynikał z faktu, że odkurzana zostaje znów postać lalki Annabelle,  pojawiłającej się w słynnej "Obecności" Jamesa Wana z 2013 roku. Na całe szczęście Sandberg wyszedł z tego twarzą, kilkukrotnie uciekając od oczywistości.

 Zaciekawił mnie wątek studni, przypomniał się kultowy "The Ring", trudno jest mi jednak stwierdzić czy było to świadomym nawiązaniem do tego filmu. Jeżeli chodzi o poziom strachu to w tym przypadku nie jest on może tak wielki jak to miało miejsce w poprzednim filmie Sandberga ale to nie oznacza, że jest to coś słabego. Podkreśliłbym jeszcze znakomite kreacje dorosłych jak i dziewczynek z sierocińca. Ta propozycja pokazała mi również, że chyba jestem odporny na zło. Oglądałem film z kamienną twarzą i pełnym skupieniu na każdym detalu i miałem prawdziwy rollercoaster w głowie. Zwieńczeniem filmu jest porywające, oryginalne zakończenie, pełne niedopowiedzeń. Fani horrorów będą w siódmym niebie.

Ocena: 5/6

Valerian i Miasto Tysiąca Planet

tyl33

 Luc Besson zasłynął w swojej karierze reżyserskiej takimi hitami jak: "Leon Zawodowiec", "Taxi" czy "Uprowadzona". Niestety od czasu tego ostatniego tytułu jego kariera zaczęła zmierzać ku upadkowi. Quentin Tarantino kiedyś powiedział. że powodem tendencji spadkowej reżyserów kina autorskiego jest nadmierna ilość projektów stworzonych przez nich. Francuski twórca idealnie pasuje do tego grona. Poniekąd w podobnej sytuacji jest gwiazda, która wystąpiła w jego najnowszym filmie czyli Rihanna. Piosenkarka rodem z Barbadosu, zasłynęła wielkim przebojem jakim była "Umbrella" u boku Jay-Z'ego po czym artystycznie raczej nie rosła. Besson natomiast po "Leonie Zawodowcu" stał się słynny. W obu przypadkach czas nie działa na korzyść. Dziś Rihanna nie jest już znana ze swoich najnowszych przebojów, tylko z portali plotkarskich i epizodycznych ról aktorskich. Nie będę oceniał piosenkarki w filmie "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" ponieważ jej rola była mikroskopijna więc nie bardzo miała jak zabłysnąć.

 Besson w swoim filmie stawia na efekty wizualne. Słowa i akcja odnoszę wrażenie, ze są na drugim planie. Wszystko kręci się wokół tytułowego Valeriana, który wraz ze swoją partnerką w kosmosie dostają do wykonania misję, która będzie miała wpływ na przyszłość nie tylko tej dwójki ale i ludzi wokół nich. W obsadzie duże nazwiska: Ethan Hawke, Clive Owen czy atrakcyjna Cara Delevingne. Cała trójka nie zawiodła, ale z drugiej zaś strony nie bardzo było w tym filmie co grać i jak pozostawić w tle całą tę niesamowitą otoczkę wizualną. Film nie dłuży się i ogląda się go przyjemnie, ale nie spodziewajcie się cudów i czegoś co zapamiętacie na długo. Zastanawiam się do teraz po co do udziału w filmie Besson zaprosił Rihanne? Czyżby czuł, że scenariusz sam się nie obroni i będzie trzeba  w stylu firmy Tiger zareklamować się w sposób artystycznie niewskazany? Wątpię jednak by ktokolwiek poszedł dziś na "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" ze względu na gwiazdę z Barbadosu, ale bez wątpienia swoim udziałem dodała kolorytu projektowi., a może dzisiejsza kinematografia zmierza właśnie w takim kierunku?

Ocena: 4/6

Mroczna wieża

tyl33

 Idris Elba był swego czasu poważnym kandydatem do roli pierwszego czarnoskórego Jamesa Bonda. W ostatnich tygodniach okazało się jednak, że nic z tego póki co nie będzie ze względu na zgodę Daniela Craiga  na pozostanie agentem 007. Nie zmienia to jednak faktu, ze aktor znany choćby z "Dnia Bastylii" ma przed sobą świetlaną przyszłość jako aktor kina akcji, a może nawet czegoś więcej? Dziś 44 latek pojawił się w projekcie u boku wielkiego nazwiska jakim jest osoba Matthew McConaughey w adaptacji sagi Stephena Kinga.  Amerykański aktor od kilku lat lubuje się w aktorskich wyzwaniach. Wystarczy przytoczyć tu grę wyrazistych i charakterystycznych postaci w filmach "Gold" czy oscarowym "Witaj w klubie". Nie będę ukrywał, że po tych rolach zacząłem uważniej przyglądać się jego karierze. Na początku był on głównie znany z komedii romantycznych u boku Kate Hudson, co na pewno nie jest artystycznie niczym ubogacającym.

 Dziś więc miałem dość duże oczekiwania, tyle tylko, że jestem trochę rozczarowany przewidywalnością zdarzeń. Klasyczny podział na dobro i zło, z jednej strony "Człowiek w czerni" Matthew McConaughey) pragnący zapanować nad światem, czemu posłużyć miało mu zniszczenie Mrocznej Wieży. Z drugiej zaś rewolwerowiec (Idris Elba) broniący jej i pragnący zemsty na nim. Do tego duetu dołącza młody chłopak, posiadający nadludzkie możliwości intelektualne i moce, których obawia się nawet "Człowiek w czerni". W początkowej fazie ogląda się to bardzo przyjemnie, niestety z upływem czasu cała ta magia zanika i staje się to projektem, którego raczej na długo nie zapamiętam. Jeżeli chodzi o aktorstwo, to nie powiedziałbym by ktoś nad wyraz się wybijał. Owszem Matthew i jego mroczna postać została wykreowana niezwykle wiarygodnie, ale trochę to mało by być całkowicie zadowolonym.

Ocena:4/6

Babskie wakacje

tyl33

 Oglądając zwiastun do filmu "Babskie wakacje" miałem złe przeczucia. Spodziewałem się lekkiej i mocno głupawej komedyjki. Tymczasem film ten trudno nazwać komedią, bo kluczowy jest tu wątek sensacyjny. Przyznam, ze gdy zobaczyłem go w filmie to nabrałem nadziei, że może nie będzie te półtorej godziny stratą czasu. Niestety pomyliłem się, bo nieprzekonująco został on zrealizowany i od samego początku było wiadomo jak film się potoczy. Zaskakująca była obecność tu dawno nie widzianej Goldie Hawn. Podejrzewam, że jedynym powodem, dla którego się znalazła w tym projekcie był fakt pokaźnego honorarium za rolę, bo tak naprawdę jakościowo film sięga dna. Nie powiedziałbym, że humor jest koszarowy, bo prawie go w nim nie ma. Dosłownie chyba raz się zaśmiałem. Pustka jaka była na sali z jednej strony mnie zdziwiła, z drugiej zaś zbudowała, bo to oznacza, że ludzie wreszcie zaczęli lekceważyć głupawe amerykańskie komedyjki.

 Historia toczy się wokół wakacji matki i córki w Ekwadorze. Kobiety nie miały ze sobą długo kontaktu i jak nietrudno się domyślić od samego początku darły ze sobą koty. Przez długą część czas filmu obserwujemy wysyp rzekomo zabawnych mocno absurdalnych zdarzeń między nimi. Sytuacja zmienia się w momencie gdy kobiety zostają porwane przez kolumbijską mafię. Pytanie jest tylko takie czego przestępcy mogą chcieć od dwóch głupiutkich kobiet? Sam nie wiem czy potraktować ten wątek poważnie czy raczej z przymrużeniem oka?  Myślę, że film szybko zejdzie z ekranów. Moim zdaniem nie powinien się na nim w ogóle pojawić. Może aktorsko tragedii nie było ale dialogowo już owszem. Myślę, że szkoda słów na dalsze opisywanie tej pozycje. Stanowczo odradzam.

Ocena:2/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci