Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Pierwszy śnieg

tyl33

 

 Michael Fassbender w ostatnich latach należy do jednego z najbardziej pożądanych aktorów na rynku filmowym. Wystarczy przytoczyć tu takie tytuły jak: "Obcy: Przymierze", "Song to Song" czy "Assassin's Creed". Te filmy być może kasowy sukces odniosły ale nie okazały się wielkimi hitami, co jedynie pokazuje, że może co za dużo to niezdrowo? Dziś Fassbender pojawia się po raz kolejny przy okazji filmu Tomasa Alfredsona "Pierwszy śnieg", który jest oparty na powieści skandynawskiego mistrza kryminału Jo Nesbo. W obsadzie kilka znanych osób: Charlotte Gainsbourg ( "21 gramów", "Antychryst", "Nimfomanka: Część I") czy nagrodzony Oscarem za rolę drugoplanową w filmie "Whiplash" J.K Simmons. Niestety żadne z nich nie sprawiło, że film twórcy "Szpiega" (2011) nabrał kolorytu i rzucał na kolana. Nawet Fassbender nie pokazał niczego nadzwyczajnego. Grając zapijaczonego, pełnego obojętności śledczego ewidentnie nie pokazuje swojego najlepszego JA.

 Historia kręci się wokół tajemniczych zaginięć kobiet i jak nietrudno się domyślić śledztwo prowadzi postać gra przez niemieckiego aktora czyli Harry Hole. Zapewne nieco inaczej do analizy podejdą wielbiciele twórczości Nesbo, którzy idąc do kina wiedzieli co może ich czekać. Dla mnie jako niezaangażowanego obserwatora jest to film zwyczajnie przeciętny, bez jakiegoś większego napięcia ani dramaturgii. Końcówka być może w jakimś stopniu ratuje sytuacje ale trochę przeszedłem wobec tego filmu beznamiętnie. Zazwyczaj konwencja śledztwa, zalążka kina psychologicznego interesuje odbiorce bo często mówi ona o nim samym i słabościach, które każdy z nas ma tylko w inny sposób się one objawiają. Niestety Alfredson nie wykorzystał potencjału jaki miał w rękach. Nie dało się wyczuć mrocznego klimatu śledztwa i tego, że poszukiwany jest ktoś naprawdę groźny dla społeczeństwo. Do tego w tle pojawia się wątek życia osobistego Harry'ego Hole'a i jak dla mnie był on zbyt rozciągnięty w czasie. Można była bardziej skrótowo do niego podejść. Myślę, że film w Polsce osiągnie sukces ale jak dla mnie równie niezasłużony jak "Botoks" Patryka Vegi.

 

Ocena:3/6

Krucyfiks

tyl33

 Horror od czasu rewelacyjnej "Obecności" stał się czymś więcej niż tylko pustą opowiastką o demonach czy duchach. Zaczyna czerpać z innych gatunków filmowych. Staje się mieszanką kina grozy, kryminału, sensacji czy nawet czasem komedii, jak to mamy do czynienia przy okazji filmu "Uciekaj"(2017), w którym mocno twórcy drwią z wątku rasistowskiego. Tamten film mimo zaszufladkowania horrorowego jest raczej parodią, pastiszem. Dziś opowiem o horrorze, który też jest wielowymiarowy. "Krucyfiks" czyli film, w którym maczali palce twórcy wspomnianej powyżej "Obecności", może nie jest jakąś rewelacją, ale ma swój smak i klimat.

 Historia kręci się wokół zakończonych śmiercią zakonnicy egzorcyzmach robionych w Rumunii w 2004 roku przez Ojca Antona. Większość czasu akcji dzieję się właśnie w tym kraju, zastanawiające jest jednak, że większość mieszkańców zna w filmie angielski. Nie wiem czy w tym kraju rzeczywiście jest aż tylu poliglotów, ale to jednak pozostawia wątpliwości. Film przyjmuje konwencje śledztwa i w pewnym momencie można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest on horrorem? Główną bohaterką jest młoda dziennikarka, która przyjeżdża do dalekiej Rumunii i zaczyna śledztwo mające na celu podważenie winy Ojca Antona. Nietrudno jednak się domyślić w jakim kierunku historia musi pójść. Na uwagę zasługuje znakomicie zaprezentowana scena gdy ksiądz przyjeżdża z winem do dziennikarki. Można się domyśleć wtedy co może się stać. Twórcy jednak przedstawili to w niezwykle oryginalny i ciekawy sposób. Nie będę zdradzał ale moim zdaniem warto na tę scenę zwrócić uwagę. Na pewno nie jest to film, który będę pamiętał długo, bo brakuje mu pierwiastka wyjątkowości, ale uważam, ze jako lekka rozrywka jest akceptowalny. Nie ukrywam, że oczekiwania miałem trochę większe, no ale nie każdy robi tak genialne horrory jak James Wan. Twórca "Krucyfiksu" Xavier Gens musi się jeszcze wielu nauczyć by osiągnąć tak wysoki poziom, ale za chęci należy pochwalić.

Ocena: 4,5/6

Wszyscy moi mężczyźni

tyl33

 

 Reese Witherspoon jest aktorką wielowymiarową z dość bogatą przeszłością. Początek jej kariery nie wyglądał nazbyt obiecująco. Grając głupią blondynkę w filmach typu "Legalna blondynka" została mocno zaszufladkowana i zagranie innej postaci było czymś niemal nierealnym. Nastąpił jednak w pewnym momencie przełom, a mianowicie, gdy pojawiła się w filmach bardziej ambitniejszych czyli "Spacer po linie" i "Jak w niebie". Niestety z czasem jej kariera ponownie stanęła w miejscu i coraz rzadziej można jej osoby doświadczyć w jakimkolwiek filmie. Wyjątkiem może jeszcze była "Dzika droga", gdzie zobaczyliśmy nieco wulgarniejszą wersję aktorki.

 Dziś opowiem o filmie, po którym raczej Witherspoon się nie odrodzi. "Wszyscy moi mężczyźni" jest komedią, która raczej nie bawi. Momenty są ale jest ich zdecydowanie za mało. Świadomie nie nazwałem jej romantyczną, bo ona jednak mocno wyłamuje się ze schematu. Rozwiedziona Alice rozpoczyna 40-ty rok życia i całkowicie niespodziewanie do jej domu trafia trójka młodych filmowców, których kariera dopiero nabiera rozpędu. Nie trudno się domyślić, ze w jednym z nich kobieta się zakochuje. Pojawia się jednak problem znaczącej różnicy wieku. Chłopak swoją osobowością był wstanie wypełnić pustkę, którą odczuwała kobieta. Sprawy komplikują się w momencie, gdy do domu wprowadza się ponownie były mąż Alice, który ciągle liczy na to, że wrócą do siebie. Film może i ma swój urok, ale z wyjątkiem magicznej Reese Witherspoon nie bardzo jest tu się czym emocjonować. Przyznam, że w połowie filmu wzięło mnie na ziewanie. Żałuje. że aktorka ponownie poszła na łatwiznę i wzięła udział w przeciętnym projekcie, zdecydowanie słabszym od "Legalnej blondynki". Taka przeciętność nie pasuje do Witherspoon. Mam nadzieję i życzę jej by jeszcze narodziła się od nowa artystycznie.

Ocena: 3/6

Twój Vincent

tyl33

 

 W dzisiejszym skomercjalizowanym świecie prosty przekaz jest tym co trafia do odbiorcy. Wystarczy postawić na dosadność zdarzeń, sprośne seksistowskie żarty i rekordy na wyciągnięcie ręki. Coraz mocniej ulegają temu filmowcy. Za przykład należy przytoczyć osobę Patryka Vegi, który od zawsze był kojarzony z Pitbullem i tym, że jako nie jeden z nielicznych twórców polskich potrafił ukazać autentyzm, który dla wielu może ocierał się o groteskę, ale jak dla mnie był on czymś artystycznie dopuszczalnym i smacznym. Niestety ostatnie dwa filmy pokazały, że reżyser zaczyna coraz mocniej w swoim przekazie uderzać do odbiorcy, który nie zamierza podchodzić do jego propozycji analitycznie i drobiazgowo. Ocenia efekt artystyczny po jednej, dwóch lub trzech sekwencjach, które go zadowalają, a całe tło wokół jest nieistotne. Taki jest "Botoks", który bije rekordy w polskich kinach. Film, o którym dzisiaj powiem zasługuję na zdecydowanie wyższe wyniki, bo jest czymś oryginalnym,ponadczasowym, zaskakującym.

 Wchodząc w świat "Twojego Vincenta" czułem się jak w bajce, gdzie nie wszystko może i jest jednowymiarowe lecz tak fascynujące,że aż żal z niego wychodzić. Świat wielkiego ekscentrycznego malarza Vincenta Van Gogha został tu okazany w dość nietypowy sposób. Postacie i sceneria przedstawione zostały w barwach i stylistyce dzieł artysty. Efekt tego jest piorunujący. Historia toczy się wokół syna listonosza, któremu powierzona zostaje misja przez ojca wręczenia listu bratu Van Gogha, który nie zdążył do niego trafić, gdyż artysta popełnił samobójstwo. Chłopak jednak nie dając wiary w okoliczności śmierci, więc postanawia prowadzić prywatne śledztwo w tej sprawie, rozmawiając z ludźmi z otoczenia Van Gogha. Jest to polsko-brytyjska produkcja, która w polskich kina pojawia się w wersji z dubbingiem i z napisami. Byłem na tej pierwszej i uważam, że polscy aktorzy wcielający się w postacie sprostali zadaniu. Znajdziemy tu głosy Jerzego i Macieja Stuhra, Olgę Frycz czy Danutę Stenkę. Dodatkowym atutem jest fakt, że produkcja w swoim przekazie jest stosunkowo prosta i dlatego nie ma grupy docelowej. Po raz kolejny można powiedzieć: Polak potrafi!! A właściwie polka czyli Dorota Kobiela.

Ocena: 5,5/6

Blade Runner 2049

tyl33

 Ryan Gosling jest aktorem charakterystycznym, budzącym sprzeczne emocje. Jedni nagrodziliby go za rolę w "La la Land"(2016), inni zaś mocno zhejtowali za sztuczność i brak wyrazistości. Moim zdaniem aktor ten idealnie pasuje do konwencji takich filmów jak "Drive"(2011) czy "Tylko Bóg wybacza"(2013) czyli, gdy gra indywidualistę, pełnego żalu, goryczy i melancholii. Wtedy właśnie kamienna i dla niektórych sztuczna  mina Goslinga jest zachwycająca. W podobnym tonie rozgrywa się najnowszy film Denisa Villenueve'a "Blade Runner 2049". Po obejrzeniu mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony słowa Tomasza Raczka o tym, że Ryan Gosling zagrał tu swoją najlepszą rolę w karierze działają na wyobraźnie, tylko czy wybitnego krytyka jednak trochę nie poniosło? W mojej opinii  w tych słowach poszedł za daleko, gdyż choćby w "Drive" amerykański aktor jest lepszy. Nie on jeden jest tu jednak istotny i wart uwagi.

 

 Jared Leto lubuję się w kreowaniu niezwykle charakterystycznych i barwnych postaci. Wystarczy tu przytoczyć rolę w takich filmach jak: "American Psycho"(2000), "Witaj w klubie"(2013) czy "Requiem dla snu"(2000). Niestety w moich oczach stał się już z taką tendencją nudny, dlatego tez epizod w tej produkcji nie porwał mnie a wręcz zirytował.

 

 Na zupełnie innym biegunie w moich oczach jest Harrison Ford, który jest jak wino, im starszy tym lepszy. W "Blade Runnerze 2049" gra epizod lecz niezwykle istotny a do tego prezentuje się koncertowo. Tak więc pod względem aktorskim film się broni. Jeżeli mowa natomiast o fabule, to jest ona zawiła i niełatwa do ogarnięcia. Przepełniona jest tajemniczymi długimi sekwencjami, które zapewne miały być formą wskazówki dla odbiorcy. Film trwa ponad dwie i półgodziny co na pewno nie działa na Jego korzyść. Moim zdaniem wycięcie paru sekwencji nie zaszkodziłoby. Akcja filmu kręci się wokół Oficera "K", którego cechuje instynkt śledczy, intuicja i bystrość. Dostaje od swojej szefowej porucznik Joshi (Robin Wright) zadanie, które będzie od niego wymagało czegoś więcej niż cech wymieniowych powyżej. Świadomie tak cząstkowo opisuje fabułę, gdyż każdy detal jest tu istotny co na pewno dodaje temu projektowi wyjatkowości, a ostatnia scena jest prawdziwą truskawką na torcie.

Ocena: 5/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci