Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Zwyczajna dziewczyna

tyl33

 Jeżeli czytacie mojego bloga od początku to wiecie, że najłagodniej mówiąc nie jestem fanem kina  wojennego. Dziś opowiem o filmie, który co prawda nie podchodzi stricte pod ten gatunek, choć na pewno aspekt wojenny jest w nim istotny, choć nie kluczowy. Mam tu na myśli propozycje duńskiej reżyser Lone Scherfig,która opowiada losy kobiety, która szturmem w 1940 roku w Anglii wkroczyła do przemysłu filmowego, trafiając do niego poniekąd z przypadku. Akcja filmu odbywa się w trudnych czasach gdyż w tle pracy nad filmem doświadczamy bombardowań miasta przez Niemców. Kobieta wspólnie z innym scenarzystą zamknięci w pokoju tworzyli scenariusz, który miał powalić nie tylko widzów, ale też nie zaszkodzić obecnej władzy. Znaczenie propagandy i jej wpływ na kształt fabuły był znaczący i to było dodatkowym utrudnieniem dla Catrin, która poza pracą była w szczęśliwym związku z malarzem. Tylko czy w tak trudnych czasach i tak dużym zabieganiu kobiety, możliwe było by on przetrwał? Uspokajam Was jednak, ze ten wątek jest to drugorzędnym, kluczem był plan filmowy produkcji o wydarzeniach w Dunkierce, który początkowo miał być oparty na faktach, tylko czy rzeczywiście możliwe będzie zrealizowanie go w takiej konwencji zważając na naciski z każdej ze stron?

 Bardzo dobra kreacja Gemmy Arterton ("007 Quantum of Solace, "Starcie tytanów") jako Catrin Cole, można powiedzieć, że była jednym z najmocniejszych punktów filmów od początku do końca. Reszta obsada tez nie zawiodła, mam tu na myśli zwłaszcza Billa Nighy'ego ("To właśnie miłość", "Walkiria", "Piraci z Karaibów: Na krańcu świata"), który w roli podstarzałego, zmanierowanego aktora wypada powalająco. Przypomniała się jego kreacja z filmu "To właśnie miłość", w której to wcielił się w postać powracającej po latach przerwy zniszczonej gwiazdy rocka. Być może momentami film jest nazbyt przegadany, ale nie szukałbym tu dziury w całym bo uważam, że naprawdę warto obejrzeć "Zwyczajną dziewczynę".

Ocena: 5/6

Smerfy: Poszukiwacze zaginionej wioski

tyl33

 

 Smerfy to zjawisko ponadczasowe. Pamiętać je mogę dwudziesto, trzydziesto, a nawet czterdziestolatkowie. Nie mówiąc już o dzisiejszych dzieciach, którym to Kelly Asbury zafundował kolejną wersję Smerfów. W ostatnich częściach oprócz tytułowych postaci pojawiali się również ludzie. W dwóch filmach wyreżyserowanych przez Raja Gosnella powiedziałbym, ze  Smerfy były tłem na tle ludzi. Owszem wrogiem zawsze był Gargamel ( znakomity Jerzy Stuhr) ale jednak znaczenie ich nie było tak duże. Tym razem niestety Jerzego Stuhra nie ma, i wielka szkoda, bo osoba użyczająca głosu czarnemu charakterowi wypada nieprzekonująco. Całkowitym zbiegiem okoliczności okazuje się, ze tym aktorem jest Maciej Stuhr czyli syn mistrza.

 Cała historia skupia się tym razem na Smerfetce i jej mrocznej przeszłości, która postawi pod znakiem zapytania pozytywne relacji między Smerfami. Całkowitym przypadkiem czwórka z nich na czele ze Smerfetką odkrywają tajemniczą wioskę, której lokalizacji nikt wcześniej nie znał. Poluje na nią Gargamel, który pragnie co oczywiste unicestwić ją i jej mieszkańców przy okazji szukając zemsty na Smerfach. Tylko kto w niej przebywa i czy realna jest jej odnalezienie? Tego nie zdradzę z wiadomych względów. Animacje ogląda się przyjemnie, nie ma tu jakiejś wymagającej fabuły, raczej wszystko rozgrywa się w przewidywalnym tonie. Choć na pewno znaczenie w fabule Smerfów tym razem jest większe i bardzo dobrze bo parę sekwencji może naprawdę bawić. Zachowując wszelkie proporcje uważam, ze na tle sequela "Piratów z Karaibów" animacja wypada bardzo dobrze. Choć po negatywnej recenzji tamtego filmu na pewno narobię sobie kolejnych hejterów. Przykładem jest choćby prequel "Obcego", za który dostałem mocno po uszach. Tym razem nie będę nikogo zniechęcał, bo uważam, ze warto zabrać swoje pociechy na "Smerfy: Poszukiwacze zaginionej wioski".

Ocena: 4,5/6

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

tyl33

 

 Ostatnimi czasy wiele pisało się o rzekomych problemach finansowych Johnny'ego Deppa w związku z kontrowersyjnym rozstaniem z Amber Heard, gdy zobaczyłem, że wkrótce na ekranach pojawi się sequel "Piratów z Karaibów" to wniosek nasunął mi się oczywisty. Chodzi o to by Depp zarobił na spłatę długów. Zacząłem od wątku "Pudelkowego" a przecież jest to blog o filmie a nie życiu prywatnym gwiazd, jednak śledząc ostatnie "dokonania" artystyczne aktora, można odnieść wrażenie, że ten zawód przestał być dla niego wyzwaniem i doskonalenie warsztatu już go nie interesuje. Czego więc można się było spodziewać po kolejnym show z udziałem Jacka Sparrowa? Czegokolwiek by twórcy nie zrobili to nie przebiją swojego największego atutu jakim jest postać barwnego pirata. W obsadzie duże nazwiska: Bardem, Rush czy epizodycznie Bloom. Paradoksalnie jednak żaden z nich nie spowodował by film uchodził za coś wyjątkowego. Pytanie jest tylko takie, czy twórcy czymkolwiek byliby w stanie zaskoczyć odbiorce?

 Sam przyznaje, byłem fanem postaci Jacka Sparrowa ale z czasem powstawania kolejnych części magia tej postaci wygasała a dziś upadek dokonał się całkowicie. Nie dość, ze Depp nie daje się z siebie wszystkiego, to jeszcze teksty, które zazwyczaj bawiły dziś we mnie budziły irytacje, bo śmiechu z nich być nie mogło. Tym razem osobom, która pragnie zabić "głównego bohatera" jest mroczny Salazar, z którym wiąże się historia z dalekiej przeszłości. W poprzednich częściach istotną postacią był Will Turner, który jest kapitanem Latającego Holendra. W tej części akcja filmu toczy się m.in. wokół jego dorastającego syna, którego celem jest uwolnienie ojca, za pośrednictwem magii. Tylko czy rzeczywiście magia jest tu kluczem? Nie będę zdradzał więcej, bo zapewne wielu z Was potem będzie miało do mnie pretensje. Mało tu było Johnny'ego Deppa, uważam to za dużą stratę dla filmu a wręcz samobójstwo. Jack Sparrow był i jest największą siłą "Piratów z Karaibów" i nawet ta część tego nie zepsuje, choć po "Zemście Salazara" nie spodziewajcie się cudów.

Ocena: 4/6

The Circle.Krąg

tyl33

 Emma Watson od zawsze będzie kojarzona z rolą Hermiony z "Harry Pottera", późniejsze kreacje raczej tego nie zmieniły. Nawet całkiem udana rola w niedawnej "Pięknej i bestii". Dziś powraca na ekrany u boku dużego nazwiska czyli Toma Hanksa. Niezwykle cenie tego aktora za wiele znakomitych kreacji ( "Zielona mila", "Forrest Gump") tylko, że w ostatnim czasie niestety rozmienił się on na drobne i chyba zaczyna wybierać rolę, które nie wymagają od niego zbytniego wysiłku i liczy się tylko zarobek. Najlepszym dowodem na to jest epizodyczna rola w "The Circle: Krąg". Z jednej strony jako właściciel dużej korporacji jest istotną dla fabuły postacią,niestety jednak występuję tu w niewielu scenach, można je wręcz policzyć na palcach jednej ręki. Wypadł w nich nieźle, ale jak na swój potencjał: przeciętnie. Temat filmu jest mocno na czasie, a mianowicie nowe technologie i wpływ jakie mają na nasze życie.

 Konkluzja jaka z niego wynika brzmi, że nikt nie jest i nigdy nie będzie w sieci anonimowy i że duże korporacje nie spoczną póki nie zawładną całym naszym życiem, za pośrednictwem różnego rodzaju wynalazków wirtualnych (aplikacji). Akcja kręci się wokół młodej dziewczyny Mae, która dostaje pracę w filmie Circle, która zajmuje się nowymi technologiami, mówiąc najogólniej. Mae ma ciężko chorego ojca (Bill Paxton), któremu doskwiera stwardnienie rozsiane i potrzebuje non stop opieki, ona więc musi zarobić pieniądze, by mieć na Jego leczenie. Niestety dziewczyna zostaje wchłonięta przez korporacje, co powoduje zmianę priorytetów życiowych. Minusem filmu jest stosunkowo przewidywalna fabuła i za mało wyeksponowane zło. Nietrudno się domyśleć, kto tu może być zły. Uważam również, że film jest mocno przegadany i w pewnym momencie następuje duża monotonia, co się wiąże z brakiem przełomu w fabule. Myślę, że problem inwigilacji w sieci jest niezwykle na czasie i należy go poruszać w sztuce. Szkoda, że twórcy filmu nie sprostali zadaniu.

Ocena:3,5/6

Riverdale

tyl33

 Jakiś czas temu zapoczątkowałem na blogu analizy nie tylko premier kinowych ale i seriali. "13 Reasons Why" według opinii wielu ludzi gloryfikował samobójstwo, a jakie jest przesłanie "Riverdale"? Po obejrzeniu tego pierwszego serialu wydawało mi się, że trudno będzie natrafić mi na coś oryginalniejszego i lepszego. Tymczasem ten drugi serial jest jeszcze lepszy. Mimo, że momentami przypominał "Beverly Hills 90210" pod względem miłostek między uczniami. Każdy z każdym się całował a nawet coś więcej.

Tylko do czego taka konwencja miałaby prowadzić? Na całe szczęście w pewnym momencie twórcy skupili się na wątku kryminalnym, który został ukazany w niezwykle interesujący sposób. Aż się chciało oglądać, bo "13 Reasons Why" falowało mocno pod tym względem, czasem następowało tam mocne przynudzanie. Tylko, że potem trafiała się bomba i cała słabość odcinka poszła w zapomnienie.

 "Riverdale" opowiada o losach dwóch nienawidzących się rodzin, które całkowicie niespodziewanie coś połączyło, a mianowicie miłość łącząca ich dzieci. Zapachniało Romeo i Julią. Tyle, że Jason (Romeo) już w pierwszym odcinku zginął. Tylko okoliczności i sprawca byli nieznani. Proces dochodzenia do prawdy jest mozolny. Prywatne śledztwo prowadzą tu uczniowie, którzy mają osobiste powody by dążyć do odkrycia prawdy.

 Początkowo wydawało się, ze cała historia skupia się na Betty pragnącej poznać sprawce nieszczęścia swojej siostry, która utraciła ukochanego. Jednakże z czasem do głosu dochodzą inni bohaterowie i trudno tu mówić o jakimś przodowniku. Pochwały się należą twórcą, za nieszufladkowanie postaci. Serial pokazał, że nawet bogaci ludzie mogą być pozytywni i niezepsuci do szpiku kości. Notabene występuje tu aktor, która grał w wyżej wymienionym "Beverly Hills 90210" czyli Luke Perry (Dylan) i wypadł bardzo przekonująco. Zresztą na ogół w serialach amerykańskich nawet aktorzy anonimowi wypadają zaskakująco dobrze. Nie inaczej było przy okazji "Riverdale". Zakończenie sugeruje, ze przed nami wkrótce drugi sezon. Już się nie mogę doczekać.

Ocena: 5,5/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci