Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Slumber

tyl33

 Przyznam, że gdy zobaczyłem w premierowym repertuarze horror "Slumber" to ogarnęła mnie dość duża ciekawość. Wynikało to z ostatnich niezwykle udanych horrorów. Tym razem jednak oczekiwania nie zostały spełnione. Film nie miał żadnej dramaturgii, akcja toczyła się ślamazarnie i kolejne sekwencje niczego odkrywczego nie wnosiły. W pewnym momencie dostrzegłem na sali kinowej wśród ludzi siedzących przede mną ogromną senność i irytacje. Nic dziwnego, sam czekałem na to aż nastąpi przełomowy moment. Owszem na końcu akcja minimalnie się rozkręciła lecz nie w takim stopniu by piać z zachwytu.

 Akcja toczy się wokół mrocznego demona który nawiedził chłopaka i jego rodzinę. Wpływał on na dziecko we śnie i powodował wiele niepożądanych skutków. Z pomocą rodzinie rusza lekarka, która tak bardzo angażuje się w losy rodziny, że zapomina o własnym życiu i zatraca się w tym kompletnie. Jeżeli chodzi o obsadę aktorską to nie spodziewajcie się zobaczyć w niej dużych nazwisk. Zastanawiam się, czemu ten film został w ogóle dopuszczony do emisji w polskich kina bo jest tak słaby, że musiałbym się mocno natrudzić by znaleźć Jego choć jeden plus. Być może zakończenie jest całkiem udane, ale nie zachwycałbym się nim aż nazbyt. Na całe szczęście w naszym kraju ten film przeszedł bez echa i pewnie wielu z Was nie wie nawet o Jego istnieniu i dla Waszego dobra niech tak pozostanie.

Ocena: 2/6

Kryptonim HHhH

tyl33

 Gdyby z filmu, o którym dziś powiem wyrzucić pierwszą godzinę to z czystym sumieniem bym Wam go polecił. Niestety początek  jest okropnie przegadany a tym samym śmiertelnie nudny. Senność mija  gdy skupiamy się na kluczowym wątku filmu czyli zamachu na jednego z największych zbrodniarzy hitlerowskich czyli Reinharda Heydricha. Pojawia się historia zamachowców, którzy rzecz jasna uchodzą tu za pozytywne postaci i budzą sympatie poprzez swoją ludzkość i odwagę.

 Mam dużo zastrzeżeń co do odtwórcy roli Heydricha czyli Jasona Clarke'a. Dla mnie jako symbol zła porównywalnego do samego Hitlera nie wypadł nazbyt przekonująco. Wydaje mi się, że gdyby wybrano innego aktora, bardziej charakterystycznego to tym samym film w końcowym rozrachunku byłby lepszy a tak popadł w ogromną przeciętność. Nieco lepiej wypada Rosamund Pike, która jako demoniczna asertywna żona zbrodniarza sprawdza się znakomicie. Niestety Clarke nie dorastał jej do pięt. Na pewno końcowa faza filmu jest niezwykle wzruszająca i trzymająca w napięciu. Siła zła jaką była komunistyczna władza, propaganda jest tu ukazana w dość dosadny sposób.

 

 Najbardziej w całym filmie raziło mnie to, że bohaterowie rozmawiali ze sobą po angielsku nie siląc się nawet w stronę udawania niemieckiego akcentu. Nie przekonuje mnie gdy Heydrich zwracając się do Hitlera mówi po angielsku. To wyglądało bardzo karykaturalnie. To tak jakby zrobić film o Powstaniu Warszawskim gdzie polscy żołnierze rozmawiają ze sobą w obcym języku. Absurd i duże dyletanctwo ze strony twórców filmu. Być może dla kogoś kogo w kinie interesują tylko napisy to nie ma znaczenia, ale dla mnie to był ogromny dyskomfort. Nawet sceny gdy strzelano do Żydów masowo w tył głowy jakoś nie były uderzające. Brakowało zbliżeń twarzy i zbiorowych zwłok. Emocje, które zaserwował twórca odbiorcy jakoś do mnie nie dotarły i nie przekonały, ale nie uważam by film był kompletną stratą czasu.

Ocena: 3,5/6

Suburbicon

tyl33

 

 George Clooney jest postacią wielowymiarową. Stał się znany ze sprawą roli w "Ostrym dyżurze", po którym to też stał się bożyszczem kobiet. Lata mijają a aktor nadal błyszczy, tym razem w roli reżysera w filmie "Suburbicon". Współtwórcami scenariusza są bracia Coen czyli twórcy takich hitów jak " To nie jest kraj dla starych ludzi"(2007), "Big Lebowski"(1998) czy "Człowiek, którego nie było" (2001). Być może ta produkcja nie jest i nie okaże się tak wielkim hitem ale moim zdaniem warto przy niej zatrzymać się na dłużej. Historia kręci się wokół napadu na rodzinę w pewnym małym spokojnym miasteczku. Początek zwiastuje pozornie banalną historyjkę o fajtłapowatym mężczyźnie (Matt Damon), który w ramach zemsty podąży za złoczyńcami i dokona osobistej zemsty. Na całe szczęście Clooney postanowił mocno zamieszać, wprowadzając do tego wątek rasizmu, który może i w kontekście tej historii niewiele wnosił ale był znakomitym dodatkiem, który powodował, że film ogląda się dobrze. Mianowicie mam tu na myśli wprowadzenie się do mieściny afroamerykańskiej rodziny.

 Myślę, że twórca w swoim filmie mocno wyśmiewa się ze swoich postaci. Zwłaszcza z ojca rodziny (Damon), który w swojej "zaradności" na każdym kroki zawodzi i działa chaotycznie. Już sam Jego wygląd powoduje śmiech na sali. Moim zdaniem nie można tego filmu w żaden sposób zaszufladkować gatunkowo. Z jednej strony jest poważnie, z drugiej zaś momentami bohaterowie swoją mimiką powodują, że nie sposób się nie śmiać. Wystarczy przytoczyć tu scenę, z udziałem pracownika firmy ubezpieczeniowej, który wykorzystują naiwność jednej z bohaterek by osiągnąć swój cel, nie kryjąc się z tym w ogóle. W rolę kobiety wciela się rewelacyjna Julianne Moore, która nawiasem mówiąc gra tu podwójną rolę i wychodzi z tego z twarzą. Dodatkowo pochwały należą się najmłodszemu aktorowi z obsady czyli wcielającemu się w role małoletniego Nicky'ego Noah Jupe. Clooney z każdym kolejnym swoim filmem udowadnia, że nie tylko aktorem jest uzdolnionym. Oby tak dalej.

Ocena: 5/6

Listy do M. 3

tyl33

 Przez lata trudno było wyobrazić sobie Święta Bożego Narodzenia bez "Kevina samego w domu". Teraz w naszym kraju nadchodzi moda na "Listy do M.". Na co dzień psioczymy na polskie seriale, filmy i wszystko co nas otacza, a "Listy do M." były czymś co pozwoliło nam zapomnieć przez dwie godziny o tej szarej rzeczywistości. Przyznam, że sam z wielką niecierpliwością oczekiwałem premiery najnowszych "Listów do M." i  gdy nastąpił początek filmu to przeanalizowałem sobie nazwiska jakie w nim mają się znaleźć i zabrakło mi dwóch. Romy Gąsiorowskiej i Macieja Stuhra. W tym momencie włączyła mi się lampka ostrzegawcza i zacząłem się głowić czemu dwójka aktorów zrezygnowała z udziału w projekcie? Po obejrzeniu całości filmu poznałem odpowiedź na to pytanie. Nie znajdziecie w nowych listach niczego nowego, zaskakującego, powalającego. Oczywiście świąteczny klimat i wdzięk jest niezmienny ale trochę to za mało by porównać sequel do poprzednich części. Na plus należy wskazać kilka kreacji aktorskich. Mam tu na myśli Andrzeja Grabowskiego, Danute Stenke, czy dawno nie widzianych: Krzysztofa Kowalewskiego, Hanny Śleszyńskiej czy Bartosza Obuchowicza. 

 Myślę, że abstrahując od kilku krytycznych opinii film będzie hitem i wcale się nie zdziwię jak powstanie kolejna część i po raz kolejny będący w roli Świętego Mikołaja Tomasz Karolak będzie czarował swoim luzem, lekkomyślnością i pociągiem do kobiet. Ciekawe kto jednak wtedy stanie za kamerą? Za "Listy do M. 3" odpowiada Tomasz Konecki ("Lejdis", "Testosteron") i na tle swoich poprzedników nie wypada nazbyt imponująco. Poprzednia część może i już tak nie zachwycała jak pierwsza ale jednak miała dużo dobrych zabawnych momentów, natomiast film Koneckiego w tym aspekcie niemal nie  istnieje, bo nawet będąc na sali nie słyszałem salw śmiechu. Nie chcę być nazbyt brutalny w swojej ocenie, ale nie spodziewajcie się cudów, bo "Listy.." wpadły w totalną przeciętność.

Ocena: 4/6

Pewnego razu w Listopadzie

tyl33

 Obserwując ostatni wysyp polskich produkcji można dostać gorączki. Filmy co prawda nie prezentują daremnego poziomu ale aktorzy się niezmiennie powtarzają. Nie ukrywam, że jak widzę Agatę Kulesze ponownie w pełnej martyrologii kreacji to poziom depresji rośnie we mnie coraz bardziej. Dlaczego Kulesza nie może zagrać w takim filmie jak "Listy do M. 3"? Tylko wiecznie kobiety skrzywdzone przez los. Wystarczy przytoczyć tak głośne tytuł jak "Ida", "Róża", "Pod Mocnym Aniołem" czy "Sala samobójców". Nie odmawiam jakości tym filmom, ale one mocno zaszufladkowały Kulesze jako aktorkę jednowymiarową. Oczywiście jakieś wyjątki od reguły by się znalazły, ale mam przeczucie, że sama aktorka nie ma zamiaru rezygnować z grania cierpiących kobiet. Dziś można ją obejrzeć w najnowszym filmie Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w Listopadzie".

 Film dotyka wielu tematów. Po pierwsze problem biedy, po drugie przyjaźni między człowiekiem a zwierzęciem, a po trzecie tematów politycznych związanych z miastem Warszawa i słynnej dzikiej reprywatyzacji.  Mamy do czynienia z bezdomną byłą nauczycielką i jej synem studentem prawa, który dla siebie jest w stanie znaleźć lokum, trudniej ma jednak ze swoją matką, która poprzez przywiązanie do psa (Koleś) wyrzucana jest z kolejnych przytułków. Jakimowski pokazuje Warszawę z tej brudnej, obskurnej perspektywy, odbiegającej od wizerunku tego miasto przedstawianego w TVN-owskich komercyjnych serialach. Ten aspekt na pewno należy umieścić po stronie plusów. Po stronie minusów umieściłbym mieszanie polityki partyjnej do filmu. Nie powiem, że reżyser robi tu za propagandystę, ale moim zdaniem niepotrzebnie jest tu tak wiele polityki. Oprócz problemu reprywatyzacji, dotyka problemu związanego z organizacjami narodowymi. Moim zdaniem lepiej byłoby skupić się na wątku bezdomności i radzenia sobie z nią niż mieszania tych wątków. Aktorsko rzecz jasna zastrzeżeń do Kuleszy mieć nie można, bo gra na swoim poziomie czyli wysokim. Znając polskich scenarzystów "Listy do M. 4" powstaną, oby z udziałem Agaty Kuleszy.

Ocena: 4/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci