Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Wyspa psów

tyl33

 Wes Anderson w swoim ostatnim filmie "Grand Budapest Hotel" zachwycił i oczarował myślę, że nie tylko mnie. Dziś powraca z zagadkową propozycją "Wyspa psów". Sugerując się zwiastunem można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia ze zwykłą animacją dla najmłodszych. Zapewne byłoby tak, gdyby za kamerą nie stał Anderson, który zawsze musi czymś zaskoczyć i zaprezentować własną wizję kina. Tym razem za pośrednictwem tematyki psiej dotyka wielu problemów społecznych, a tym samym też politycznych. Sytuację komplikuje do tego fakt, że akcja filmu dzieje się w Japonii. Podejrzewam, że fascynacja reżysera tym rejonem była głównym powodem takiego właśnie miejsca akcji.

 Bardzo mocnym punktem filmu są efekty specjalne, konwencja i sam pomysł na niego. Myślę, że większość oglądających największe zło w filmie czyli dyktatora Kobayashiego skojarzy z obecnie rządzącym w Polsce Jarosławem Kaczyńskim, ale uspokajam: Anderson nie robi nam darmowej reklamy. Wątek polityczny rzuca się w oczy ale nie jest kluczowym. Najistotniejsza jest walka o swoje ideały, prawa zwierząt, zwyczajną przyzwoitość i równość praw. W świecie Kobayashiego psy zostają zesłane na wyspę, na której to są ilozowane i skazane na niebyt ze względu na psią chorobę, która czyni je groźnymi dla ludzi. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie fakt, że antidotum na tę dolegliwość jest doszczętnie ukrywana przez dyktatora, gdy jednak wszyscy tracą już nadzieje na pokój zdarza się coś nieprzewidzianego. Małoletni Atari Kobayashi wyrusza na "Wyspę psów" w poszukiwaniu swojego ulubieńca Ciapka. Wizyta członka rodziny dyktatora powoduję szereg komplikacji, które dają nadzieje psom na przyszłość.

 Na całę szczęście w polskich kinach puszczona zostaje wersja z napisami, dzięki temu też można zadać sobie trud i rozpoznać po głosach kilku znanych aktorów. Mi się udało rozpoznać cztery głosy: Edwarda Nortona, Billa Murray'a, Scarlet Johansson i Harveya Keitela. Mimo, że film powstał w konwencji animowanej, to jednak odradzam rodzicom zabieranie swoich dzieci na produkcje Andersona, bo to nie jest zwykły film o tolerancji i walce dobra ze złem. Reżyser po raz drugi wyruszył w stronę animacji, poprzedni "Fantastyczny Pan Lis" wyszedł doskonale. Teraz eksperyment ponownie się powiódł. Czyli strach myśleć, co będzie gdy spełni się maksyma: do trzech razy sztuka. 

Ocena: 5/6

Prawda czy wyzwanie

tyl33

 

 Co prawda pogoda dziś nie sprzyja wypadą do kina ale zapewne wielu z Was odwiedzi witryny internetowe polskich multipleksów i przejrzy szereg zwiastunów i podejmie decyzję, za który film będzie gotowe oddać swój cenny czas. Przypuszczam, ze gdy obejrzycie trailer do filmu "Prawda czy wyzwanie" to będziecie zaintrygowani i zaciekawieni. Nawet nie dlatego, że jest to film, w którym maczał palce jeden z producentów takich hitów jak "Śmierć nadejdzie dzis" czy "Uciekaj!". Wabikiem na widza w tym przypadku jest konwencja gry: Prawda czy wyzwanie. To pierwsze na ogół obnaża wszelkie nasze słabości, a gdy się okaże, że nie możemy okłamac bo poniesiemy konsekwencje to tym bardziej jest się czego bać. Natomiast WYZWANIE naznaczone jest szaleństwem i spontanicznością co podwójnie budzi podniecenie u osób trzecich. Uważam jednak, że osoba pracująca nad zwiastunem wyrządziła projektowi sporo problemów. Za dużo było w nim pokazane. Można odnieść wrazenie jakby producenci nie wierzyli w swój projekt i jego silę. Trzeba jednak przyznać, że film ogląda się przyjemnie i z napięciem, może i jest straszliwie banalny i przewidywalny ale to nie ujmuje mu w żaden sposób, gdyż prezentuje rozrywke na bardzo dobrym poziomie a przecież o to też chodzi w kinematografii.

 Nie nazwałbym "Prawdy czy wyzwania" horrorem stricte, bo nie ma tu klasycznych trików wywodzących się z kina grozy. Do tego zmora nie jest tak mroczna i przerażająca jak w innych horrorach. No i jednak paradoksalnie to nie ona jest tu jedynym złem. Historia skupia się na gronie przyjaciół, która spotyka nieznajomego Cartera, który zaprowadzając ich do tajemniczej jaskini w Meksyku wplątuje ich w śmiertelną grę, która wymagać będzie od nich szczerości, wytrwałości i przewalczenia własnych demonów. W tle pojawia się też wątek miłosny, a mianowicie przyjaciółek zakochanych w jednym chłopaku. Nic jednak dziwnego skoro głównymi bohaterami są studenci, którzy może i są znajomymi ale każdy z nich ma wiele tajemnic, które mogą te relacje popsuć na dobre. Być może "Prawda czy wyzwanie" nie jest tak rewelacyjne jak choćby "Smierć nadejdzie dziś" ale myślę, że pójście do kina w tym przypadku nie będzie stratą czasu. 

Ocena: 4/6

Nigdy cię tu nie było

tyl33

 

 Kilka lat temu na ekranach kin pojawiła się tajemnicza i mroczna produkcja w reżyserii Lynne Ramsay "Musimy porozmawiać o Kevinie". Film hipnotyzujący i mocno zapadający w pamięć. Dziś twórczyni tamtego filmu ponownie zadziwia. "Nigdy Cię tu nie było" jest filmem jednego aktora. Joaqiun Phoenix od początku do końca czaruje i zachwyca na ekranie. Wydawać by się mogło, że nietrudno zagrać aspołecznego dziwaka, który żyje w swoim świecie. Joe na codzień jest mordercą na zlecenie, który opiekuję się starszą schorowaną matką. Mężczyzna zmaga się do tego z traumą z dzieciństwa, którą sugerują nam kilkusekundowe urywki z przeszłości.

 Film skupia się na psychice mężczyzny i odkrywaniu jego demonomów. W tle odbywa się intryga, w którą wpada główny bohater i która zmusza go do wyjścia z jego monotonnego życia. Myślę, że mało kto będzie w stanie zrozumieć głównego bohatera. Tylko czy o to rzeczywiście chodzilo Ramsay? Celem moim zdaniem bylo wzbudzenie wątpliwości i pytań co do osobowości głównego bohatera. Reżyserka w żadnym stopniu nie wybiela Joe'go ani też nie robi z niego ofiary. Postać,w którą wciela się Phoenix jest bardzo tajemnicza, zamknięta w sobie i nie okazująca żadnych emocji. Wszystko tłumi w środku i nie pozwala nikomu na poznanie swojej wrażliwośći. Ktoś powie, że te urywki z dzieciństwa mogły mieć na celu usprawiedliwienie czynów nikczemnych bohatera. W końcu jak szukać przyczyn, to na ogól w przeszłości i krzywdzie zadanej nam przez drugiego człowieka. Postać ojca jest tu wspominana jedynie za pośrednictwem chwilowych retrospekcji. Jedynie można wydedukować, że Joe był krzywdzony w młodości.

 Film ogląda się trudno, bo jest tu wiele niemych scen, gdzie widzimy głownego bohatera, który dokonuje codziennych czynnności i rytuałów, które zazwyczaj są najłagodniej mówiąć: specyficzne. Myślę, że bez Phoenixa film nie byłby tak udany. On swoją charyzmą, tajemniczością i autentycznością zachwyca i jednocześnie budzi grozę, połączoną ze współczuciem. Naprawdę film jest wielowymiarowy i gdyby rozłożyć go na czynniki pierwsze, klatka po klatce to powstanie obraz nieszczęśliwego, skrzywdzonego przez los mężczyzny, którego życie nie ma przyszłości...

Ocena: 5/6

Życzenie śmierci

tyl33

 "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść". Te zdanie idealnie pasuje do sytuacji Bruce'a Willisa, który po latach świetności zaczyna odcinać kupony i bierze udział w projektach, którym do wybitności wiele brakuje. Willis zasłynął kreacjami w takich filmach jak "Pulp Fiction", "Szklana Pułapka", "Szósty zmysł" czy "Armageddon". Pytanie pozostaje jedno: dlaczego aktor nie przejdzie na zasłużoną emeryturę lub nie zacznie kariery reżyserskiej? Mając doświadczenie współpracy z wieloma wybitnymi filmowcami mógłby na ekranie pokazać swoją wrażliwość i wizję kina. Niemiecki aktor jednak woli tkwić w szufladzie twardziela po czterdziestce. Ten sam obraz pokazany zostaje w "Życzeniu śmierci". Z jedną drobną różnicą. Tym razem Willis zamiast gliną jest lekarzem z giwerą, który szuka zemsty po śmierci najbliższej osoby. Nieprzekonuje mnie to pantoflarskie oblicze Willisa w tym filmie. Zaczyna błyszczeć dopiero w momencie gdy przeypomina głównego bohatera "Szklanej pułapki". Taka metamorfoza być może pod publiczkę jest dobra, ale w tym przypadku wypadła ona nieudolnie, bo aktor został już tak bardzo zaszufladkowany do roli twardziela, że żadna rola go już nie uwolni od tego.

 Fabuła skupia się na lekarzu, który prowadzi spokojne i poukładane życie u boku pięknej żony i córki. Wszystko zmienia się w momencie, gdy dochodzi do napadu na dom głównego bohatera. Film od początku jest straszliwie przegadany. Niby Willis dostaje artystycznie pole do popisu, z drugiej zaś strony jest to tylko kino rozrywkowe, ono nie wymaga myślenia ani wyciągania głębokich i skomplikowanych wniosków. Oczywiście argument o konwencji i przekazie działa na korzyść filmu bo usprawiedliwia szereg niedoskonałości, ale z mojej perspektywy, gdy w projekcie bierze udział tak genialny aktor jak Bruce Willis to należy wymagać sporo, a nie akceptować przeciętność i prostote. Nie zmienia to jednak faktu, że jeżeli oczekujecie dobrej rozrywki w kinie to "Życzenie śmierci" nie rozczarowuję Was, ale dla mnie jest to projekt przeciętny i niewarty polecenia. Notabene, wkrótce na ekranach ma się pojawić kolejny sequel "Szklanej Pułapki". Można rzec na koniec. "Kończ waść, wstydu oszczędź".

 

Ocena: 3/6

Twarz

tyl33

 

 Mateusz Kościukiewicz od lat jest jednym z najbardziej niedocenianych aktorów w Polsce. Przyczyn tego stanu rzeczy można upatrywać w braku aktora w mediach i serialach telewizyjnych, które przyciągają większe rzesze widzów niż niszowe polskie produkcje. Miałem przyjemność rozmawiać z Kościukiewiczem przy okazji premiery filmu "Gwiazdy" i na pierwszy rzut oka dostrzegłem, że to bardzo skromny, wrażliwy i nie pragnący poklasku mężczyzna z prowincji. Dodatkowym problemem jest jego związek z Małgorzatą Szumowską. Reżyserka do większości swoich filmu angażuje swojego partnera życiowego, co też może być odbierane nienajlepiej, choć może fakt pozostania w tej niszy powoduje, ze Kościukiewicz nie skończył jak Borys Szyc.

 "Twarz" jest filmem wielowymiarowym. Z jednej strony wątek młodego chłopaka pragnącego wyjechać zagranice za lepszym życiem, mający narzeczoną, z którą pragnie spędzić resztę życia. Sytuacja zmienia się momentalnie, gdy wskutek tragicznego wypadku na budowie, chłopak zostaje poddany operacji transplantacji twarzy. Wracając na prowincję z "taką twarzą" jego życie staje się koszmarem. Szumowska w swoim filmie poszła jednak zdecydowanie dalej i tak jak w filmie "W imię.." uderzyć w polski kościół. Dowodem na to jest postać księdza, który prezentował wiele podejrzanych zachowań, które nie przystoiły duchownemu. Bardzo dobrym pomysłem były sceny w konfesjonale. Pokazały one jak bardzo ludzie na codzień są wobec się fałszywi i kłamliwi, bo przecież przy księdzu kłamać nie będą, no a poza tym przecież lepiej jest trzymać prawdę w sobie niż szczerze porozmawiać.

 Reżyserka wyśmiewa w filmie naszą mentalność, obyczaje, rytualy i dziwactwa. Film na pewno może wiele osób obrazić. Ja osobiście urażony się nie czuję, bo Szumowska nie pokazała fałszywego obrazu społeczeństwa. Zresztą jak tu nie żartować ze społeczeństwa, które tłumnie chodzi do kina na taką szmirę jak "Kobiety mafii" czy "Botoks". Właśnie z odbiorców tych dwóch film Szumowska się śmieję. Do tego polska reżyserka pokazuje większość zdarzeń z dalekiego ujęcia kamery. Ten zabieg jest nagminnie powtarzający się i na pewno jest to ciekawy pomysł, który mocno film urozmaica. Aktorsko warto pochwalić jeszcze oprócz Kościukiewicza kreacje siostry głównego bohatera czyli Agnieszki Podsiadlik. Tak na dobrą sprawę to każdy dał radę. Podejrzewam, ze wielu osobom film się nie spodoba, gdyż nie ma tu zawrotnego tempa, jest sporo krótkich ujęc, w których mało słów pada. Dla mnie jednak film jest intrygujący i choćby dlatego śmiało mogę Wam go polecić.

Ocena: 4/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci