Menu

Filmowy hejt

Kino słowami pasjonata

Nerve

tyl33

 

 W dzisiejszych zabieganych czasach naszym najlepszym przyjacielem nie jest wcale człowiek. Tylko drobne elektroniczne urządzenie, które uniesie nawet 5 letnie dziecko. Telefony komórkowe z tysiącami opcji, aplikacji. Wszystko czego pragniemy tam jest. Można znaleźć miłość, zrobić zakupy, przelewy itp. Tylko w imię czego to wszystko? Czy przeciętnemu Kowalskiemu obdarzonemu Smartfonem potrzebny do czegokolwiek jest drugi człowiek? Znakomitą diagnozę opisującą skale i moc tego wirusa przedstawia amerykański film "Nerve"

 nerveclipblindfold

 Czyli historia o niebezpiecznej grze  młodych za pośrednictwem pewnej złowieszczej aplikacji. Pokemon GO to przy tym pikuś. Gra polega na wykonaniu wyzwań wymyślanych przez tzw. obserwatorów. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie ocierały się one o śmierć i nie psuły przyjaźni dwójki dziewczyn. Walka o to, która będzie popularniejsza, fajniejsza, bardziej wielbiona itp. Najprościej byłoby powiedzieć stały tekst: grzechy młodości nic odkrywczego. Ale moim zdaniem problem jest głębszy. My poprzez swoje zaangażowanie w sieci stajemy się czyimiś zakładnikami. Zostawiamy ślady w wirtualnym świecie i przez to jesteśmy pod ciągłą obserwacją i wcale nie jesteśmy anonimami. Nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo uzależniliśmy się od nowych technologii. Dziś tekst moralizatorski ale nie bez przyczyny. Bo film "Nerve" jest wielkim weekendowym prezentem. Ogląda się go z napięciem, zaciekawieniem, wręcz wypiekami. Zastanawiamy się do czego te dzieciaki się jeszcze posuną w rywalizacji o bycie najfajniejszym i najpopularniejszym? Siłą tej produkcji jest świetna fabuła. Krwista, z emocjami, autentyzmem. Zapewne wielu oglądających po seansie powie: (ale głupie dzieciaki, komputery zrobiły im wodę z mózgu. Ja przecież potrafię oddzielić świat rzeczywisty od fikcji). Dziś trochę mało było o filmie ale całą kwintesencje problemu jaki poruszany jest w produkcji zawarłem powyżej. POLECAM. TO TRZEBA ZOBACZYĆ!!!

Ocena:5/6

Czerwony kapitan

tyl33

 

Komuna, Czechosłowacja, Kościół, Maciej Stuhr. Z tych elementów składa się zagadkowa czeska produkcja "Czerwony kapitan". Moim zdaniem młody Stuhr zaczyna powoli stąpać po twardym lodzie odnośnie doboru projektów, w których bierze udział. Poczynając od słynnego "Pokłosie" Pasikowskiego kończąc na produkcji, o której dziś powiem. Odnoszę wrażenie, że bardzo chcę udowodnić, ze jest nie tyle aktorem charakterystycznym co raczej wszechstronnym. U Pasikowskiego zagrał świetnie a nie był uroczym radiowcem. Natomiast w "Czerwonym kapitanie" już tak nie zachwyca.

9096388czerwonykapitan643430

Film porusza wiele interesujących wątków. Inwigilacja księży, teczki, SB itp. Zapewne wielu z was gdy o tym czyta  chwyta się za głowę. Trudno się dziwić. A film niestety nie przekonuję do zmiany nastawienia. Wszystko kręci się tu wokół tajemniczej zbrodni na księdzu. Czy zbrodnia miała podłożę polityczne? Czy komisarz Wydziału zabójstw (Maciej Stuhr) rozwikła zagadkę? Te i wiele innych pytań można sobie zadawać w trakcie projekcji. Niestety czescy twórcy zrobili wszystko by dać ciała. Momentami odnosiłem wrażenie obserwując sceny akcji, że mam do czynienia z czeską komedią. Realizacja była tak komiczna, ze o napięcie trudno.  Nie wiem co skłoniło Stuhra do udziału w tej produkcji? Może to co napisałem powyżej? Nie ma słów, które opiszą moje dzisiejsze rozczarowanie, żałuje.  Pochwała należy się jedynie za brak propagandy kościelnej. Bo jednak w pewnym momencie można było spodziewać się walki Stuhra z kościołem. Dobrze, ze jej nie było. Bo i tak wiadomo kto by ją wygrał.

Ocena:3/6 

Komuna

tyl33

 

 Jakoś tak się dziwnie złożyło, że dość dawno nie miałem do czynienia z kinem skandynawskim. Sugerując się ich mentalnością można stwierdzić, ze najłagodniej mówiąc jest to dość specyficzna kinematografia. Oziębłość to jedna z podstawowych cech. No i socjalizm na maksa. Można powiedzieć, ze dziś obejrzałem film opisujący mentalność ludzi z tych rejonów. Tam gdzie u nas nostalgia, zaduma. To u nich: radość, zabawa itp. A to jedna z wielu różnic, które odnajdujemy w duńskiej produkcji "Komuna".

Komuna_4

 Już sam tytuł może sugerować co nas czeka. Ale jest w tym filmie coś szczególnego. Jest on nieprzewidywalny. Z początku wydawało się iż obejrzymy psychologiczno- społeczną opowieść o życiu w wspólnocie. Gdzie ludzie, którzy zorganizowali się w jednym budynku będą poznawali plusy i minusy życia pod jednym dachem z obcymi ludźmi. Wiem, brzmi to absurdalnie. Ale pewna rodzina z powodu stagnacji życiowej postanawia w swoim ogromnym domu przyjąć pod dach obcych ludzi i tworzyć z nimi wspólnotę charakteryzującą się określonymi zasadami. Twórcy jednak zrobili coś nieprzewidzianego. W pewnym momencie skupili się tylko na relacji mąż- żona i kochanka. I co będzie dalej? Czy zaproszą kochankę do wspólnoty? Jak się zachowa zdradzona kobieta? I czy istnieje idealne rozwiązanie tej sytuacji? Wszystkie te pytania powodują ciekawość. A chęć poznania odpowiedzi zapewne wielu z Was zachęci do obejrzenia tej produkcji. Moim zdaniem nie jest to film dla każdego. To jednak ambitne kino. Trzeba mieć w sobie trochę mentalności skandynawskiej by zrozumieć tę historię. Ja jestem usatysfakcjonowany a jak to będzie z Wami?

Ocena:4,5/6

 

Rekiny wojny

tyl33

 

 Wielu reżyserów filmowych wśród aktorów miewa swoich ulubieńców, a właściwie ulubieńca. Osobę, która niemal w każdym projekcie twórcy bierze udział. Tarantino ma Samuela L. Jacksona, Woody Allen miał swego czasu Scarlett Johannson (obecnie jest nim chyba Jesse Eisenberg), Martin Scorsese: Leonardo Di Caprio, Tim Burton: Johnny'ego Deppa. A kogo ma Todd Phillips (autor słynnego Kac Vegas)? Bradleya Coopera. I właśnie  ta para ponownie połączyła siły. Co prawda w "Rekinach wojny" aktor gra  postać drugoplanową ale niezwykle istotną dla kształtu całej historii.

 kadr

 Film kręci się wokół dwójki dwudziesto paro latków, którzy za wszelką cenę chcą zaistnieć. Chcą być wielkimi handlarzami bronią. Jeden z nich z zawodu masażysta od samego początku podchodzi do tego pomysłu dość sceptycznie. Natomiast ten drogi kierując się pociągiem do mamony robi wszystko by przekonać kolegę. Co z tego wyjdzie? Czy bohaterowie odniosą sukces? No i jakie konsekwencje ich spotkają? Odpowiedź na te pytania odnajdziemy w najnowszym filmie Todd'a Phillipsa. Bardzo interesującym zabiegiem był pomysł podzielenia historii na dość kontrowersyjne cytaty (myśli). Między poszczególnymi zdarzeniami. Zapachniało Tarantino i jego słynnym podziałem historii na rozdziały. Jak w powieści. Jakość i znaczenie tych zdań oddawało to w jakim momencie drogi do kariery są główni bohaterowie. Moim zdaniem jest to film warty polecania. Bardzo zgrabnie poprowadzona akcja, wciągająca. Bez niepotrzebnej gadaniny. A do tego świetnie zagrany. Oprócz jak zawsze doskonałego Bradleya Coopera. Znajdziemy w obsadzie dwa nazwiska warte przytoczenia. Milles Teller (Whiplash) i Jonah Hill (Wilk z Wall Steet) tworzą tu znakomity duet. Oboje swoimi umiejętnościami nie tylko aktorskimi nadają dodatkowego smaku całemu projektowi. Trzeba podkreślić, ze jest to przede wszystkim komedia. Wątki poważne są moim zdaniem trochę drugorzędne. Ale nazewnictwo w tym przypadku jest nieistotne. Bo jest to bardzo zgrabnie zrealizowany film, który wręcz trzeba zobaczyć.

Ocena:5/6

Ben Hur

tyl33

 

 

 Za każdym razem gdy w filmach historycznych słyszę język angielski to ogarnia mnie złość. Jak można tak dyletancko podchodzić do własnego filmu. Jeżeli bohaterowie są starożytnymi Grekami to jak mogą mówić płynnie po angielski i wysławiać się w tym języku wśród krajan?

BenHur_2016_poster

Podobna sytuacja miała miejsce przy okazji filmu "Ben Hur". Przyznam, ze nie jestem fanem filmów historycznych. Ostatni, który mi się podobał to "Troja" z Bradem Pittem. Natomiast wszystko co działo się po tym było jedynie nieudaną kopią wspaniałego projektu. Głównym bohaterem filmu jest tytułowy bogaty kupiec Juda Ben Hur, który od dzieciństwa przyjaźnił się i traktował jak brata rzymianina Messali, który wskutek niespełnienia życiowego postanawia sprzysięgnąć się przeciw swojej bratniej duszy. Doprowadzając Ben Hura do wieloletniej niewolniczej pracy. Można się zatem domyśleć jaki plan ma główny bohater. Czyli zemsta i powrót do prawdziwego życia. Oceniając film z perspektywy samego pomysłu na niego i rozrysowanej koncepcji można uznać go za udany projekt. Niestety to trochę mało by przekonać mnie do siebie. Ten język angielski strasznie uwierał. Do tego wiele scen było tak sztucznie zagranych, ze szkoda słów. Aktorsko było jedno duże nazwisko. Czyli Morgan Freeman. Idąc na film nie wiedziałem o tym, ze jest w obsadzie. No i co z tego wynika? Tak naprawdę nic. Nie pociągnął tego filmu. Przegadany i mało wciągający. Przez cały film życzyłem sobie i pozostałym na sali by nie musieli przeżyć bollywoodzkich tańców na koniec. Na całe szczęście tego nie było za co twórcą należy się szacunek.

 

Ocena: 3,5/6

© Filmowy hejt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci